|
Przybliżenie
zagadnień
Tytułową
triadę tego artykułu tworzą nierównorzędne co do kategorii pojęcia. Pierwsze
odnosi się do instytucji i urzędu, ale może oznaczać też styl lub sposób
rozumienia i uprawiania sztuki oraz edukowania w jej zakresie. Dwa
pozostałe są już tylko i wyłącznie terminami odnoszącymi się do kierunków
artystycznych. O ile pierwszy do dość jednorodnego i zwartego (na ile
jakakolwiek postawa podzielana przez chociażby dwóch artystów może być
zbieżna), to trzeci otwiera z samej definicji niekończącą się gamę systemów i
stanowisk teoretycznych i sposobów realizacji idei sztuki.
Ponieważ
powstanie tekstu związane jest z obchodzonym jubileuszem 60-lecia
wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych, przeto uzasadnione jest rozważanie
akademii w jej nowożytnym kształcie organizacyjnym, a więc poczynając od
pierwowzoru pozostałych - paryskiej Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby.
Jej powstanie bierze się z żywego nurtu kontynuacji greckiej myśli i dokonań
starożytnego artyzmu sfery wizualnej, co wcześniej z siłą dało o sobie znać i
miało istotne znaczenie w momencie renesansowego humanistycznego
przeorientowania. A co znalazło lapidarny wyraz w definicji jedynego z
założenia ideału sztuki akademickiej, którego miarą była „rzeźba antyczna i
sztuka Rafaela”[1]. Z drugiej strony akademia, jako zjawisko społeczne,
wyrosła jako rezultat wyzwalania się artystów z cechowej przynależności.
Ciągła sublimacja teoretycznej spekulacji wzniosła ich odpowiednio
wysoko, na nieznany rzemieślniczej gildzie poziom intelektualnego elitaryzmu
i pozwoliła na społeczną emancypację. Wydobycie się artystów ze stanu
rzemieślniczego – jak pisze Maria Poprzęcka[2] „zapewniło im rangę
pracowników umysłowych, a nie fizycznych”. Fakt ten z kolei powodował zdaniem
znawczyni tematu, pani profesor, że „cała teoria akademicka, kładąca taki
nacisk na intelektualny charakter twórczości artystycznej, miała na celu
uzasadnienie tego właśnie w trudzie zdobytego statusu.”[3] Artyści nie
poprzestawali jednak na czczym delektowaniu się nową lepszą pozycją społeczną
i nie zaniechali wysiłków do podnoszenia poziomu warsztatowej wiedzy i
praktyki. Widzimy zatem – w innych przypadkach nie zawsze oczywisty - namysł
i wysiłek, by ściśle wiązać ideał z pracą nad jego osiągnięciem.
Warunkiem powodzenia różnych form życia paryskiej akademii był mający
szczęśliwie miejsce patronat monarchy.[4] Andre Felibien odnotował w
akademickich wykładach, iż mimo już i tak wielkiej uwagi kierowanej przez
króla na sztuki piękne „od założenia Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby
uzyskały one oblicze jeszcze wspanialsze i szlachetniejsze i stały się tak
istotne, że zyskały szacunek największego władcy świata”[5]. Miało to też
znaczenie w usytuowaniu się sztuki w hierarchii znaczenia społecznego
(przynajmniej propagandowego, dziś powiedzielibyśmy PR [Pablic Relations]),
bowiem król „mógł mniemać, iż nie mniej potrzebna mu będzie ręka słynnych
artystów niż pióro najmędrszych ludzi”.[6]
Potrzeba podejmowania studiów czy przemyśleń nad tym, ważnym z wielu
względów, etapem profesjonalizacji twórczości jest oczywista. Raz dlatego, że
jesteśmy przymuszani do nich wymogami zawodowej (naukowej?) rzetelności, dwa
głównie dlatego, że obserwujemy dzisiaj powszechne, narosłe nieporozumienia i
trywializację zawartości pojęć, w tym szczególnie tych związanych z akademią
i akademizmem. Co znalazło wyraz w skrócie pojęciowym, jakoby „dziś już nie
było obrazów do pokazywania w złotych ramach”[7] oraz w posługiwaniu się
potocznie i bezpodstawnie określeniem dziewiętnastowieczny jako synonimem
wszelkiego zacofania w sztuce. Jan Białostocki mówi o czymś odwrotnym, iż
„stulecie to [XIX wiek] w sferze artystycznej oznaczało zasadnicze zerwanie z
przeszłością. Nowe podstawy społeczne kultury XIX wieku sprawiły, że obce
stały się jej tradycyjne do XVIII stulecia koncepcje dzieła sztuki”.[8]
Przy czym pamiętać trzeba o ciągłości akademickiej szkoły plastycznego
kształtowania począwszy od wieku XVII, poprzez osiemnastowieczny i
dziewiętnastowieczny neoklasycyzm po akademicki historyzm i realizm drugiej
jego połowy.
Także dlatego, że potoczna chociażby obserwacja uzmysławia żywotność
akademii; „w 1720 roku istniało ich tylko dziewiętnaście, z których niewiele
było zaangażowanych aktywnie w artystyczne szkolenie; w 1790 roku było ich
ponad sto, od Filadelfii po Sankt Petersburg [w tekście Leningrad]”.[9]
Honour dodaje, iż instytucje te zaczęły zajmować miejsce pracowni mistrzów
jako głównej szkoły dla młodych artystów. Przy czym o randze,
wywalczonego przez ten typ uczelni, umysłowego statusu artysty świadczy
dobitnie fakt, że „w latach wielkiego kryzysu około 1930 roku wiele
prowincjonalnych akademii niemieckich wolano zamknąć niż połączyć je ze
szkołami zawodowymi”.[10]
W Polsce mamy ich aktualnie siedem.[11] Inna rzecz, iż jest to też już
inaczej formułowany ideał skoro „ani dawniej, ani dziś w poznańskiej szkole nie
dominowała jedna doktryna artystyczna, projektowa czy estetyczna”, co jest
skutkiem „ciągłej ewolucji strukturalnej i programowej” [12].
Do nieco bardziej dokładnego wykładu o akademii powrócimy.
Trzeba
zająć się w tym artykule nerwem rozważań koncentrujących się wokół
trywialnego a sztucznego dla sztuki podziału na sztukę nową, nowoczesną i
awangardową utożsamianą z najlepszymi jakościami i wartościami kulturowymi, a
sztukę dawną, pojmowaną jako zacofaną i wsteczną. Oczywiście taki podział
sprzyjać ma tej pierwszej. Niejako w obronie natomiast zwolennicy drugiej
wykorzystują argumenty podszyte kpiną. Te gry, a czasem strategie,
rozumieć można jako próby metaforyzacji i wyostrzania różnic między
twórczością wysoką a niską, dobrą lub wyśmienitą a niedobrą i kiczowatą.
Zwolennicy progresji w arsenale pejoratywnych pojęć mają określenia w stylu
pompieryzm, muzealny koloryt czy monachijskie sosy. Przytoczmy próbkę
stylu argumentacji wyznawcy akademizmu: „Akademizm – sztuka [w oryginale przez
duże S], którą demonstracyjnie pogardzali oportuniści uważający za swój
obowiązek zachwycać się każdym "nowoczesnym" dziełem. Czy jednak
naprawdę biały kwadrat na białym tle - albo odwrotnie - lub też wypchany pies
ustawiony na wypchanym koniu to dzieła sztuki? I czy naprawdę mogą się
podobać komuś, kto nie czuje przymusu, aby przytakiwać krytykom i zachwycać
się dziełami tzw. awangardy tylko dlatego, że są dziełami tzw. awangardy.
Przecież w sztuce akademizmu - mimo jej niezaprzeczalnych wad - było tyle
prawdziwego piękna i kunsztu malarskiego. Jednym z najbardziej znaczących
przedstawicieli akademizmu francuskiego był Adolphe Wiliam Bouguereau...”[13]
Zalążków tego, krzywdzącego dwie strony sporu, nieporozumienia (ciekawe, że
nie dotyczącego w tak silnym stopniu muzyki) dopatrzeć się można w podziale,
który pod koniec XVII wieku zafunkcjonował we Francji głównie za sprawą
Charlesa Perraulta. Zainicjował on bowiem spór (querelle) zwolenników, tak
jak on, malarzy nowych „Nowożytnych” (les Modernes) i starych
„Starożytnych” (les Anciens). Uprzedził go w dialektycznym
sposobie rozumienia postępu Petrarka w „Liście do potomności”, w którym
„mimo że wyrażał pogardę dla swojej epoki, stawiał wyżej swego przyjaciela
Simone Martiniego niżeli Zeuksisa. Początkowych bodźców tej konkretnej
dyskusji na gruncie francuskim dał przekład podobnych tez dzieła Alessandro
Tassoniego.[14] Tu zaznaczyć trzeba, iż to właśnie akademia stała się terenem
dyskusji (konferencji) umożliwiających otwartą wymianę zdań. Jednakże są one
też świadectwem pluralizmu estetycznego i budzących się tendencji do
narodowej supremacji w obszarze sztuk pięknych.
Co zatem decyduje o wzgardzie wobec akademizmu (mniej akademii)
żywionej przez wyznawców postępu w realizacji artystycznych wizji. Czy tylko
moda jak w przypadku abstrakcji, kiedy w latach powojennych w świecie
zachodnim, a u nas od 1955, panował jej swoisty dyktat. Pewnie jest akademizm
najbardziej spektakularnym ucieleśnieniem nienowoczesności, chociaż w latach
20. i 70. XX wieku przeżywał cichy powrót. Jednak jedynie u praktyków sztuki
figuratywnej. Sedno tej polaryzacji nie leży również zapewne w typie
przedstawień, gdyż przedmiotowość aktualnie, wraca do łask w nurtach świata
sztuki jak nigdy dotąd od świtu awangard. Przywołajmy dla ilustracji wielką
popularność wideo. Zająć przeto wypada się aurą magii demiurgów awangardy.
Gdzie bowiem leży siła magnetyzmu, budzącego entuzjazm jej
wtajemniczonych wyznawców. Słowa zdają się mieć tutaj (to jest w sztuce
progresywnej, jak np. w sztuce konceptualnej) istotne znaczenie, bo one
często konstruują jej najbardziej istotny przekaz, są jej medium, a także
tworzywem. Wielce przydatna i otrzeźwiająca będzie konotacja Mikołaja
Smoczyńskiego, dotycząca instalacji, jednego z najnowszych i pociągających
wielu artystów gatunku sztuk wizualnych doby dzisiejszej. Mówi on „proces
instalowania nie zaczyna się od zera, ponieważ takiego punktu po prostu nie
ma”.[15] Co można jedynie interpretować jako dystans wobec postępu
rozumianego jako bałwochwalcze wyznawanie sztuki najnowszej jako idei
absolutnej i potrzebę postawy nacechowanej refleksyjnym respektem wobec całej
historii sztuki. Pęd ku kultowi awangardy temperuje Stanisław Rodziński[16]
zarzucający sztuce abstrakcyjnej spełnianie roli „mieszczańskiego akademizmu
nowoczesności”, który dokonuje manipulacji formą zamiast stwarzania dzieł. I
który miejsce moralitetu wypełnia antyhumanistyczną prowokacją.
Uwagi wstępne niech zakończy
uprzytamniająca jedność sztuki wiedza o powiązaniach biograficznych artystów,
które na poziomie rozstrzygnięć formalnych prowadziły artystów awangardowych
do stosowania poznanych w akademii, głównie prywatnych jak np. Academie
Julian (z wyjątkiem nie do końca jednoznacznym Marcela Duchampa)
charakterystycznych dla całości artystycznych konkretyzacji wizualnych typów
kompozycji, tematów i motywów. A w warstwie wyrazowej i przesłania
niejednokrotnie tej samej jednak – i dobrze – postawy humanistycznej.
Tak bowiem: „prawie wszyscy wielcy nowocześni byli uczniami akademii
lub akademików (na przykład Leger studiował u Gerome`a). „Wielkie kąpiące
się” Cezanne`a zyskują swój pełny sens dopiero na tle wielkich mitologicznych
realizacji malarstwa Salonów; niezliczone rysunki modelek Degasa są twórczą
kontynuacją akademickiego studium modela, tradycji ciągnącej się od
Carraccich po Ingres`a; Odaliski Mattise`a są kolejnym wcieleniem mieszkanek
Salonowych haremów, nawet Guernica Picassa – alegoryczno-historycznej
„machiny”.[17] Warto zapytać o możliwy wpływ Glayra, w którego atelier studiowali:
Whistler, Bazille, Sisley, Renoir i Monet. I Cormona, z którego z kolei
pracowni wyszli „główni przedstawiciele impresjonizmu, jak i główny teoretyk
syntetyzmu, Emile Bernard.”[18] Dalej są takie przykłady jak Eduarda Maneta,
który „w początkach swej działalności artystycznej pozostał pod silnymi
wpływami swego nauczyciela Thomasa Couture’a i Edgara Degasa wielokrotnie
powtarzającego jak wiele jego sztuka zawdzięcza radom Gustava Moreau”. U
którego uczyli się też twórcy fowizmu. Moreau rozbudzał w nich poczucie
własnej niezależności(...), otwierał im oczy i uczył rozumieć dzieła
zgromadzone w Luwrze(...), stosował często metody wysoce nieortodoksyjne;
wyciskał farbę z tuby wprost na płótno, w akwareli pozwalał farbie płynąć i
ściekać swobodnie. [19] Degas „terminował u Ingres’a a
Cèzanne marzył pono o Pussinie i przejmował od Pissara lekcję Corota”[20].
Akademia
U podstaw, praktyka działania
Wydaje
się, że najbardziej zasadnicza różnica między akademizmem a większością
nurtów awangardowych leży w tym, że ten pierwszy w dość prosty i jednoznaczny
sposób odwzorowywał rzeczywistość. Uderza jednakże przy tym naturalna
skłonność akademików do zaludniania na równi własnego świata obrazu
postaciami rzeczywistymi, przy jednoczesnym występowaniu w nich figur
fantazji. Historyczny, religijny czy mitologiczny kamuflaż był barwnym i
frapującym wizualnie tłem do ukazania wymiaru ludzkiego działania z jego
spektrum naturalnych potrzeb, niekiedy heroicznych zmagań lub rzadziej losu
zdeterminowanego ułomnością. Nie wiemy, a ma to miejsce zawsze, na ile
świadoma była ta konstrukcja pola ikonicznego. Na ile też każdorazowo
wynikała z zamierzonego zabiegu danego artysty, a na ile brała się ze
zbiorowej podświadomości tego czasu historycznego.
W tej perspektywie awangardy różnią się z pozoru przynajmniej dominacją
kalkulacji i zagadnień formalno-morfologicznych. A odnośnie treści
przekroczeniem zwyczajowych ograniczeń różnego typu, tak, iż obserwujemy
wyssanie treści wzruszających czy patetycznych na rzecz gry i wymieszania
tematów wielkich z potocznymi lub krytyczne forsowanie wszelkich (niezależnie
od ich natury) ograniczeń ideowo-społecznych.
Bezstronna analiza - choćby wycinkowa - rejestruje również zaskakującą
pozaczasową wspólnotę sugestywnej kreacji wizualnej obecną w dziełach
artystów dawnych i progresywnych. Mistrzostwo niezależnie od sposobu i
materiału wykonania, co może nie jest tyle odkrywcze, co ważne - jest także
czymś wspólnym dla tych dwóch okresów, oczywiście w swych najlepszych przykładach.
Zasadnicze znaczenie akademii, będącej „przede wszystkim instytucją
nauczającą”[21] polega na oczywistej mądrości - sprawdzonej poprzez kolejne
stulecia jej istnienia - polegającej na rozwijaniu i szlifowaniu
talentu przy jednoczesnym kształceniu z zakresu wiedzy teoretycznej pięknu
poświęconej. Wiąże się to z ideałem artysty uczonego (doctor pictor,
scavans). Człowiek myślący jest bowiem powołany do wiedzy, a artyści wybitni
szczególnie. Co też można zaobserwować.
Wyjątkowe znaczenie mają dzisiaj pytania o znajomość podstaw
tradycyjnej praktyki artystycznej w relacji do form po-sztuki czy antysztuki
(sztuki efemerycznej, nowych mediów). Dość powszechne odejście przez artystów
od materiału i warsztatu wyrażone w dekonstrukcji tradycji dotychczasowych z
tym większą wagą ukazuje potrzebę zdobywania przez adeptów (studentów
akademii sztuk pięknych) odpowiednich podstaw z zakresu morfologii i formy
dzieła, treści konstrukcji ikonicznej i sensu obrazowego.
U
podłoża nauki w akademii podobnie jak samego pojmowania akademizmu obok
wspomnianych już takich faktorów jak wolność artystycznego zawodu i dążenie
do ideału uczoności znaczenie fundamentalne miało przekonanie, że „zasady
rządzące sztuką są poznawalne. Piękno, które jest jej ostatecznym celem, daje
się ująć w określone reguły. Ich poznanie i przyswojenie daje gwarancję
artystycznej doskonałości.”[22]
Nauczanie w akademii przebiegało według zasady od szczegółu do całości.
Carel van Mander[23] w „Książce malarza, w której ochoczej do nauki młodzieży
podane są przede wszystkim zasady szlachetnej wolnej sztuki
malarstwa”(1604) podaje takie aspekty wiedzy, którą poznawali studenci,
jak teoria, poradnik ikonograficzny i wyjaśnienia dotyczące przedstawień
mitologicznych. W rzymskiej Accademia di San Luca znalazły się przepisy
mówiące o obowiązku kształcenia uczniów w zakresie uczonych dysput
(„conversazioni virtuose”), na tematy współzawodnictwa sztuk („paragone”),
pojęcia rysunku, stosowności („decorum”), kompozycji i ruchu ciała.[24]
Reorganizacja Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby w Paryżu w 1663
wprowadziła trójstopniowy podział na „eleves” (uczniowie), „agrees”
(czeladnicy) i „academiciens” (mistrzowie). Warunkiem rozpoczęcia
studiów było przedstawienie przez studenta zaświadczenia mistrza. Na Akademii
obowiązywały dwa stopnie kursów. W niższej klasie kopiowano rysunki mistrza,
w wyższej rysowano z modela, etapem przejściowym były rysunki z odlewów
gipsowych. Uczniowie słuchali wykładów z perspektywy, geometrii,
anatomii. Pomocne im były „tablice przepisów” z zakresu rysunku, proporcji,
ekspresji, układu, światłocienia i kolorytu.[25]
Zmiany w tym, panującym powszechnie w europejskich akademiach,
programie wprowadził w 1826 Wilhelm von Schadow na Akademii w
Düsseldorfie. Przejęły je stopniowo inne akademie. Główną innowacją było
zainicjowanie Meisterklasse czyli zajęć w pracowni (atelier) profesora.[26]
Jeżeli chodzi o kadrę nauczającą; stopień Adjoint (zapewne odpowiednik
dzisiejszego adiunkta) upoważniał do studiów w Rzymie i dopiero jego
uzyskanie otwierało drogę do tytułu profesorskiego.
Zgodna z
sensem każdego nauczania, co dopiero mającego na celu uczynienie z ucznia
artysty będącego mistrzem sztuki - jest dociekliwość i skrupulatna uwaga
nauczyciela oceniającego postępy adepta. Andre Felibien[27] wykładał rzecz w
sposób nie budzący wahań co do profesjonalizmu akademii: „ponieważ Akademia
pełna jest ludzi uczonych [scavans], żadna piękność w dziele się
znajdująca nie uchodzi uwadze, a nie ma także takich, choćby drobnych,
uchybień, których by nie ujawniono.” Czytając te słowa myślę o luksusie
psychicznym i zawodowym pedagogów tamtej sytuacji. Dzisiaj bowiem – trudno tu
dociekać tego źródeł - wobec nieuniknionych warsztatowych uchybień ucznia,
prowadzący zajęcia profesor rzadko (jeżeli w ogóle) pozwala sobie na
wypowiedzenie nieodzownych uwag. Skutkuje to bezkrytycznym nastawieniem
młodych dyplomantów do własnej profesji. Przenosi się to z kolei na nasycenie
współczesnej kultury atmosferą ignorancji. Relatywizm bowiem jest brakiem
kierunku, dążenia do poznawczej obiektywizacji, a zatem i niemożnością
postępowania drogą samorozwoju. Uwagi i wskazówki nauczyciela są konieczne
właśnie w utrzymywaniu właściwego zorientowania studenta na rozwój
intelektualny i postępy w zawodowej biegłości.
Do pozazdroszczenia jest wiara w misję siedemnastowiecznych
organizatorów nauczania sztuk pięknych. Wykładało się to w prostych zasadach.
Colbert od 1661 wiceprotektor Akademii ujmował to jako ukazywanie
„wzorów najlepszych mistrzów i objaśnianie na czym polega doskonałość
sztuki.” Dodatkowo utrzymywał, iż najlepszy efekt pedagogiczny uzyskany
zostanie poprzez „konieczne wystawianie dla studiującej młodzieży dzieł
malarzy najbardziej uczonych [les plus scavans] i publiczne odczyty.”
Zapewniało to „przekazywanie tego, co się najbardziej przyczynia do
piękna i doskonałości obrazów”[28], a było – chyba powinno być ciągle -
powołaniem akademii.
Dyskurs
Ambicja i otwartość umysłowa akademii przyczyniły się do zainaugurowania
wspomnianych i przewidzianych w programie nauczania odczytów (1667).
Colbert uzasadniał ich potrzebę naturalną swobodą wypowiadania swego
zdania i korzyścią płynącą z rozświetlania z różnych stron zagadnień obrazu,
co „przyczyniłoby się do wykrycia wielu rzeczy, które zarazem
stanowiłyby wskazówki i maksymy.”[29] Był to przejaw maksymalizmu i
perfekcjonizmu XVII-wiecznej uczelni paryskiej, która, co zrozumiałe,
„całkowicie zdominowała francuską myśl o sztuce w 2 połowie XVII wieku.”[30]
Stając się też jednocześnie terenem opiniowania sztuki i rozwoju jej teorii.
Wykłady i konferencje na akademii były jedyną publiczną okazją wymiany
refleksji dotyczących sztuki. Tyglem intelektualnym, z którego w wieku XVIII
rozwinęła się krytyka sztuki, wyrosła jako forma literackiej odpowiedzi na
pokazywane również na akademii wystawy (salony). Co zastanawiające to właśnie
awangarda początku XX wieku przyniosła odrodzenie i wielkie powodzenie
formułowanych na własny i z założenia oryginalny sposób (poprzez
manifesty) teorii artystycznych.
Charles Perrault inicjując dyskurs prowadził go wokół rozróżnienia
kategorii malarzy na nowych i starych. Chodziło o reprezentowane przez niego
przekonanie o wyższości „artystów włoskiego renesansu nad starożytnymi, ale
także wyższość artystów mu współczesnych nad twórcami
szesnastowiecznymi”.[31] Roger de Piles animował retoryczną rywalizację
między zwolennikami rysunku (Poussin) i koloru (Rubens)[32] – querelle du
coloris et du dessin – sprzyjając kolorystom. W Rzymie w Akademii św. Łukasza
spory o podobnym podłożu toczyli już, zwolennik tendencji
klasycyzującej, Andrea Sacchi i Pietro da Cortona, wyznawca ducha
sztuki dekoracyjnej (barokowej) i epicko rozbudowanej. W Paryżu polemika
trwała również między Colbertem, który żywił „bezgraniczną wiarę w
skuteczność przepisów” a Febilienem, przeciwstawiającym sztywnym regułom
„światło rozumu”.[33]
Toczono też całkiem naturalne polemiki i spory doktrynalne dotyczące
kwestii czysto formalnych i związanych z tematyką dzieła np. ilością postaci
i ich układu kompozycyjnego. Wszystkie one przyczyniły się z jednej strony do
zdobywania świadomości historycznego przebiegu zjawisk artystycznych i
bardziej refleksyjnego myślenia o nich, a z drugiej, powodowały pojawienie się
narodowej rywalizacji o miano przywództwa w sferze kreacji estetycznej.[34]
Obok wymienionych pojawiają się też już w XVII wieku dyskursy bardzo
bliskie naszej współczesności. Roland de Chambray „jeden z kodyfikatorów i
gorących obrońców klasycznej doktryny” przestrzegał przed „libertynami” i
„fałszywymi arbitrami”, twierdzącymi, że sztuka jest „nieskończona i
doskonali się każdego dnia”.[35] W odpowiedzi Abrahama Bosse na te
absolutystyczne tendencje, czujemy już dobrze znanego nam ducha relatywizmu estetycznego:
„oznajmiam, że nie zamierzam ganić nikogo z tych, którzy okazują
zainteresowanie lub sympatię dla każdej maniery malarskiej, jakakolwiek ona
jest, lecz przeciwnie, cenię ich wszystkich”.[36] Znajdujemy tutaj pierwsze
świadome elementy przekonania już nie tylko o nieistnieniu „jednolitej
koncepcji postępu sztuki”[37] ale i definicji sztuki w ogóle.
Likwidacja Akademii
Tolerancja i otwartość wewnętrzna spotkała się z wrogością
otoczenia. Niestety pojawiły się zdania kwestionujące możliwość nauczania
sztuki, a w końcu i zasadność istnienia samej akademii. Chór niedoważonych
krytyków rósł. W kolejnej odsłonie pokazywał swe rysy odwieczny nienawistny
wobec prawideł i walczący z ich wpajaniem irracjonalizm, a może bardziej
antyintelektualizm. Antoine Quatremere de Quincy[38] w sposób na tyle
naturalistyczny, co anarchistyczny mniemał, że szkoła „niszczy talenty w
niwelującym procesie nauczania”. Akademie tłamszą indywidualność i sieją zły
smak – wtórował mu Asmus Jakob Carstens.[39] Niektórzy szli na tyle daleko,
że ich zarzuty można by poczytać za profetyczną krytykę taszyzmu, jak na
przykład złośliwości Josepha Antona Kocha, kiedy mówił o „abstrakcyjnym,
estetycznym manieryzmie”.[40]
Wzrastająca fala ataków doprowadziła do rozwiązania paryskiej akademii
podczas rewolucji 1793 roku. Jej poziom kulminacyjny nastąpił około roku 1800
i miał charakter „powszechnego buntu przeciwko akademiom”.[41]
Wielkie znaczenie – szczególne i trudne do przecenienia dla polskiego
malarstwa - miała otwarta w 1809 po zmianach Akademia w
Monachium. Jej reformy dokonali Nazareńczycy. Podobnie jak David we Francji
wcześniej oponenci akademickiego drygu. Mimo kolejnego tym razem
romantycznego przypływu wrogości (np. Gercicaulta) „monopol akademii w dziedzinie
nauczania stał się w XIX wieku zupełny”.[42] Ponownie.
Dzisiaj
Na
dzisiejszych polskich Akademiach Sztuk Pięknych trudno by szukać
jedynego ideału estetycznego, który pełniłby jakąkolwiek wiodącą rolę.
Bo na pewno nie aksjomatu. Znamienne, że akademia dzisiaj nie wpaja
kanonów, lecz „poszukuje wartości artystycznych i intelektualnych”[43]. Teraz
chętnie mówi się nie o wyidealizowanych wzorach, lecz o procesie, przemianach
i otwartości. W akademii rozumianej jako „miejsce spotkań” łączy się,
jak ma to miejsce w Poznaniu, dyscypliny klasyczne i najbardziej współczesne.
Także profesor Alicja Kępińska[44] sens nauczania widzi w
skutecznym wprowadzaniu studentów w problem procesu twórczego oraz w
kształceniu ich świadomości zgodnie z aktualnymi intuicjami sztuki i
społecznego ich funkcjonowania.
Współczesne polskie akademie sztuk pięknych odwołują się do dość
rozpiętych celów bo od studium z natury (ASP Łódź[45]) po „świadome
odnajdywanie się szkoły w realiach rewolucji cyfrowej”[46] (ASP Katowice).
Sięga się do wzoru Bauhausu (Łódź i Wrocław[47]), a w strukturze naszych
uczelni (jak w Gdańsku) równie ważną rolę co dziedziny tradycyjne
odgrywa sztuka użytkowa: architektura wnętrz, meblarstwo, tkactwo, ceramika i
grafika użytkowa[48]. Przy czym kształcenie swym zakresem często obejmuje
również wzornictwo przemysłowe, a także kierunki specjalistyczne jak np.
szkło artystyczne (Wrocław).
Katowicka ASP wypracowała swoją formułę nauczania poprzez
wykrystalizowanie umiejętności specjalistycznych w zakresie grafiki
artystycznej i projektowania. Co słusznie dzieje się po, przynajmniej w
założeniu, opanowaniu podstaw tradycyjnych umiejętności artystycznych. Od
których szkoły jak widać, oficjalnie nie odżegnują się.
Więcej o zadaniach dzisiejszych akademii piszę w rozdziale Misja
akademii.
Akademizm
Nie
łatwo byłoby wyczerpać zasób możliwych definicyjnych określeń akademizmu.
Jego zakres sięga szerokiej sfery spraw; bo teorii sztuki i wzorów zachowań
społecznych, kanonów estetycznych, jak i systemu nauczania. To także
wieloaspektowy dydaktyzm. Jego poznawanie powoduje wzrastanie świadomości
zbyt jednostronnego i stereotypowego traktowania dotychczas akademizmu.
Jednego z najdłużej trwających kierunków twórczo-stylistycznych. Miała w nim
również miejsce nieposkromiona życiodajna (dla sztuki i nie tylko) dialektyka
ścierających się ze sobą skłonności z jednej strony do porządkowania i
hierarchizacji (Poussin, David, Ingres), z drugiej dążąca do szerszej prawdy
i otwartości (Corot, Couture, Bourguereau). Między nimi istniały najliczniej
reprezentowane realizacje artystyczne nurtu środkowego, często o ckliwym,
sentymentalnym i słodkim wyrazie. Ale były też w nim obecne pierwiastki
protorealistyczne czy nawet protosurrealistyczne.
Jakie
zatem cechy wyróżniają ten styl? Przede wszystkim było to dopracowane myślowo
założenie artystyczne i dydaktyczne. Dziś powiedzielibyśmy projekt. I jak
każde tego typu zamierzenie w sztuce wywołane trudnym do rozgraniczenia
wzajemnym wpływem świadomej i niezależnej woli i kreatywności artystów
(wizjonerów i społeczników) i tak zwanego (powszechnie dominującego w każdej
epoce) Ducha Czasu.
Zajmując
się tym nowożytnym systemem sztuki poznajemy przyjętą przez niego jako konstrukcyjną
oś, posuniętą do skrajności, hierarchię treści (tematów). Ważne też było dla
niego wyrafinowane operowanie elementami formalnymi kompozycji obrazu.
Świadczy to o dużym intelektualnym podłożu i zasobach erudycyjnych wartości
tego kierunku.
Innymi cechami są też właściwe mu: idealizm i racjonalizm. Mamy bowiem
do czynienia z długo wypracowywaną, i budowaną w oparciu o dorobek
starożytnej i nowożytnej kultury europejskiej, doktryną artystyczną. Spójność
rozumienia i wizji akademizmu wynikała z wiary w „istnienie i niezmienność
podstawowych zasad sztuki”[49]. Pozornie może to wyglądać na brak
oryginalności, bo trudno uznać, iż była to – jak chcą niektórzy - świadoma z
niej rezygnacja. Wielki rezerwuar dziś w większości zapoznanych wartości i jakości
jakim stał się ten styl, był zapewniony studiami z wielu dziedzin wiedzy i
pietyzmem wobec przeszłości, jest też inspirujący i czeka na swoje właściwe
odkrycie, szczególnie kiedy uzmysłowimy sobie jego jakość i moc teoretyczną,
skoro wynikał z przekonania, że malarstwo (szerzej - sztuka) jest
(podobnie jak renesansowe disegno) rzeczą umysłu a cała kreacja procesem nie
tylko świadomym, ale dającym się kontrolować. I co najważniejsze zgodnym z
określonymi i stale wypracowywanymi i dopracowywanymi zasadami.
Podobny szeroki i autodydaktyczny program podejmują dzisiaj w Polsce w
interesujący sposób młodzi artyści skupieni w „Obserwatorium rzeczywistości”.
Ma to podstawowe znaczenie kiedy pamiętamy o powszechnym słabym poziomie
młodego malarstwa, jakby wypłukanego, w geście samo ograniczającej
nonszalancji, z treści i jakichkolwiek warsztatowych popisów jakości
wizualnych.
W
referowanym tu w większej mierze opracowaniu, Maria Poprzęcka mówi o
hierarchii rodzajów malarstwa jakie w 1669 ogłosił Andre Felibien. I tak na
jej szczycie znajdowało się malarstwo historyczne, na kolejnych znalazł się
pejzaż, portret, a na dalszych malarstwo rodzajowe. Na samym końcu
znajdowała się martwa natura.[50] Ważne jest przy tym, że pojęcie malarstwa
historycznego obejmowało takie rodzaje jak malarstwo religijne, alegoryczne,
mitologiczne, czy tworzone na podstawie motywów literackich. Triumfy święciła
tak zwana alegoria dydaktyczna. Ewoluująca z biegiem czasu w alegorie
rzeczywiste, to jest kompozycje rodzajowe z życia codziennego. Były one
znakiem czasu i wynikały z poszukiwań „nowych, bardziej komunikatywnych i
powszechnych sposobów przekazywania treści ogólnych.”[51]
Z kolei przyczyną niepowodzenia portretu był jego weryzm kłócący się z
zasadniczą tendencją akademizmu do idealizmu – jakże zrozumiałą w sztuce w
ogóle. Właściwa portretowi „trafna fizyczna, a także psychiczna
charakterystyka modela”[52] rozmijały się z powszechnym upodobaniem
akademików do wznoszenia się „ponad naśladownictwo.”[53]
Co
więcej, głównym założeniem tego kierunku było „dążenie do ideału, do
obrazowania zdarzeń, ludzi i natury w ich kształcie uogólnionym i
udoskonalonym. W akademiach zawsze nauczano, że wielkiej sztuki nigdy nie
osiągnie się przez niewolnicze naśladowanie natury, bo natura jest pełna
niedoskonałości.”[54]
Ważną rzeczą było erudycyjne obudowanie doktryny i jej realizacji.
Pojawiły się pojęcia, którymi stale operowano, takie jak decorum czy
costum. Termin decorum odnosił się do stosowności w zakresie smaku,
moralności i religii, a costum polegał na znajomości historycznych akcesoriów
i wiernym ich zachowaniu (oddaniu).[55] Szczegółowej analizie poddano
ilość i rodzaj elementów kompozycyjnych. O stopniu wnikliwości niech świadczą
słowa Andre Felibien’a: „poczyniono uwagi rozmaite, ponieważ temat obejmuje
wiele spraw; mowa jest o kompozycji, o rysunku, o proporcjach, o kolorach i o
światłach w sposób bardzo obszerny i bardzo uczony, a w szczególności o
wszystkich formach ekspresji właściwych takiej historii”[56]. Wszystkiego
tego uczono po to, by „pokazać żywą postać człowieka i udzielić pozorów
ruchu temu, co go zupełnie nie ma”.[57]
Czymś co
uskrzydlało praksis akademików, był zaczerpnięty ze sztuki
antycznej ideał piękna. Poszerzono go o dodatkowe czynniki, co
wyartykułował Anton Raphael Mengs, mówiąc o „wyborze z natury, autorytecie z
antyku i mistrzów renesansu” oraz o „podporządkowaniu sztuki osiągnięciom
wielkich poprzedników”.[58] Dynamiki całości myśli klasycystycznej nadaje jej
dychotomiczna rozpiętość między pojmowaniem sztuki jako idei, a jej
wirtuozowskim wykonaniem warsztatowym. Idea była – za Platonem –
intelektualnym ideałem, stąd na jednej płaszczyźnie znalazły się z jednej
strony koncepcja, a z drugiej sfera fizyczna, w której umiejscowione jest
rękodzieło (rzemiosło).[59] Te dwa skrajne czynniki (ogniskowe) spajała wiara
w wartość sztuki. Był to moment, w którym, w pewnych aspektach, wzniosła się
ona na szczyty nieosiągalne nigdy wcześniej ani później. Jak w przypadku stosowanej
zasady Horacjańskiej „ut pictura poesis”. Ówczesną siłę wiary w sztukę oddają
pełne zachwytu, porywające frazy Fedrerico Zuccariego[60]: „daje ono
[malarstwo] rozkosz oku pięknem (vaghezza), wysubtelnia umysł inwencjami,
wspomaga pamięć historiami, syci ducha prawdą, pobudza pragnienie
naśladowania cnoty, zapala serca do szlachetnych czynów, jest księgą dla
nieuczonych, która pomaga oceniać piękno i formy; w sumie jakaś sztuka
niebywała, która maluje śmiech, radość, płacz, smutek, przedstawia dzień, noc,
burze, walki, budynki, wszelkie duchowe przeżycia”. Odnajdujemy tu zatem
także ślady koncepcji biblii pauperum, poszerzonej o element dydaktyzmu
estetycznego.
Dzięki M. Missriniemu znamy iście konceptualne w znaczeniu zdanie
Armeniniego. Dotyczy ono co prawda rysunku, ale świadczy o w najwyższym
stopniu intelektualnej i idealistycznej relacji do sztuki w ogóle. Przekonany
on był mianowicie, iż „rysunek jest jedynie udzielonym rzeczom ładem naszego
umysłu” a „dusza ma umiejętność kształtowania w sobie żywego rysunku
wszystkich rzeczy, jakie poznała”.[61] Teza ta ma wysoce współczesny walor
filozoficzny. Maksymalistyczne podejście do całego procesu kreacji zawierało
w sobie niebezpieczeństwo doktrynalnego skostnienia i popadnięcia w
zbytnią oschłość kanonów estetycznych.[62] Jak miało to miejsce w przypadku
Henriego Testelina’a, który „zestawił zasady dotyczące linii, proporcji,
wyrazu, światła i cienia, kompozycji i koloru.”[63] Nietwórcza ortodoksja
wyznawanych reguł prowadzić też mogła do „ograniczenia repertuaru
tematycznego oraz przesadnej demonstracji za pomocą gestów i wymuszonej
ekspresji.”[64]
Zauważmy
jeszcze z jaką stałością akademicy przypisywali wartość podstawom technologii
to jest fini, polegającym jak rozpoznaje Albert Boime na „zatarciu śladów
malarskiej roboty”.[65] I jeszcze jedna uwaga, o której trzeba pamiętać
„dzieło akademickie to końcowy produkt systemu nauczania”.[66]
Jak malowano w akademii
Warto wspomnieć według jakich zasad malowano w
siedemnastowiecznej akademii paryskiej. Chodzi tu o morfologię dzieła,
jego kompozycję i opracowywanie poszczególnych elementów. Mówią o tym teksty
akademickich wykładów. W szóstym wykładzie wygłoszonym w Królewskiej Akademii
Malarstwa i Rzeźby w sobotę, dnia 5 listopada 1667 Charles le Brun[67] mówił
„ogólnie o dyspozycji i o każdej postaci z osobna, o rysunku i o proporcjach
postaci o wyrazie gwałtownych uczuć [passions], a także o perspektywie
płaszczyzn i powietrza oraz o harmonii kolorów.” I wyjaśnił, iż „dyspozycja
zawiera trzy rzeczy, a mianowicie; kompozycję miejsca, układ postaci i kolor
powietrza.” W tym samym wieku, w rzymskiej akademii, Cortona, którego słowa –
tak jak i Zuccariego - znane nam są za sprawą Missiriniego,[68] kładł nacisk
„na dokładność i pełne miłości wykonanie” jako na „część wszechwładną w
każdym dziele (sztuk) naśladowczych” a szczególnie w sytuacji kiedy
miała miejsce „obfitość tematu”.
Ideał i
wzór renesansowych mistrzów dochodzi do głosu u Felbien’a[69] wskazującego na
obraz „Święta Rodzina” Rafaela, jako na przykład, dający możliwość nauki „w
jaki sposób należy kłaść światła i cienie odpowiednio do miejsca, w których
postacie są umieszczone.”
Studia
rysunkowe z gipsowych odlewów rzeźb starożytnych to „nie zmieniane przez
dziesięciolecia academies”[70], będące w istocie „udręką kolejnych pokoleń
adeptów sztuk pięknych”[71]. Jest to zrozumiałe ze względu na poznawcze
wartości rysunku i jego możliwości dokładnego oddawania pierwowzoru, dające
bogactwo różnorodnych ujęć wyrazowych. Co jest wysoce pomocne przy poznawaniu
tajników budowy ciała. To z kolei warunkowało poprawne i o odpowiednich
proporcjach wykonawstwo postaci w malarstwie. Stąd w pełni zrozumiała jawi
się uwaga Felibien’a, o tym, że „polecano młodym rysunek”.[72]
Artysta
Biorąc pod uwagę nie poddający się nigdy do końca racjonalizacji
fenomen tworzenia czy geniusz artystów, postanowiłem wyodrębnić ten
podrozdział. Gdyż historia sztuki jest w dużej mierze historią poszczególnych
artystów, twórczych indywidualności i ich środowisk.
Związana z tymi zagadnieniami jest petryfikacja form, zjawisk i
przejawów życia społecznego i jej odbicie w pojawiających się nowych
typach-toposach artystów. Ich pluralizm bierze na dobre początek w
rewolucyjnym wieku XVIII, kiedy w jego początkach „współistniało w krajach
europejskich kilka, całkowicie odrębnych z punktu widzenia ich społecznej
pozycji, typów artystów.”[73] Strukturę tę tworzyli utytułowani akademicy,
mistrzowie i warsztaty, niezależni artyści dworscy, a także wolni poddani
prawom rynku (będąc jednocześnie - przynajmniej w odniesieniu do sztuki -
jego prekursorami) malarze holenderscy. O ile też od XVII wieku nie ewoluuje
zbytnio model społecznikowsko-obywatelski akademickiego nauczyciela, to XIX
wiek przynosi nową odmianę artysty wolnego, romantycznego, niejednokrotnie
przeklętego (artiste maudit), niezrozumiałego i samotnego. Wiek XX czasami
tożsamość artysty awangardowego zbliża do naukowego pracownika laboratorium.
Obywatelski model nauczyciela akademickiego funkcjonuje co ciekawe w
sposób naturalny także i dzisiaj. Tomasz Psuja powiązał to z rolą akademii
jako instytucji publicznej w demokratycznym państwie co „zobowiązuje [kadrę]
do myślenia obywatelskiego, aktywności społecznej i nonkonformizmu”.[74]
Trudno pomyśleć, by jakakolwiek sztuka (łącznie z abstrakcyjną) nie
była stwarzana z myślą o wewnętrznym poruszającym i refleksyjnym odbiorze.
Tak jak czynił to Poussin, który wiedział, „w jaki sposób trzeba nadać życie
postaciom”[75]. Poussin uchodził w wieku siedemnastym za modelowy wzorzec,
niejako twórcy doskonałego zarówno dla Charlesa le Brun’a jak i Rogera de
Piles’a. Odwołam się tu do tego jedynego przykładu osobowości ówczesnego
malarza, głównie ze względu na jego reprezentatywność. Le Brun komplementując
tego artystę daje do zrozumienia wysiłek jaki wiąże się z rozwojem
posiadanego talentu: „pan Poussin miał umysł pełen nieskończonej mnogości
pięknych idei, które nabył dzięki swym długim studiom”.[76] Z kolei Roger de
Piles[77] wskazuje na imperatyw tworzenia sztuki zachowującej nie tylko
estetyczny ideał piękna, do którego artysta dąży, ale i dydaktyczno-etyczną
odpowiedzialność autora. De Piles mówi, iż malarz „wprowadzał [do obrazów]
wszystko, co może sprawić, by były [one] przyjemne i pouczające”. Ale też
uważał on, iż artysta powinien używać takich tematów, które „nadają się do
naśladowania we właściwym znaczeniu tego słowa” gdyż to wprost temat – jego
zdaniem – decyduje o charakterze i „sensie moralnym” dzieła[78].
W relacji de Piles’a pojawiają się też wątki odwiecznych i nigdy
niekończących się zagadnień relacji artysty i sztuki do natury; Poussin
„radził się natury” i był przekonany, że „jest rzeczą pewną, iż to wszystko,
co jest w malarstwie pouczające, może być przekazane duchowi wyłącznie
poprzez zadowolenie oczu, a więc przez doskonałe naśladowanie natury, co jest
istotnym celem malarza”.[79] Na tyle istotnym, że obecnym na
sztandarach awangardy, jak chociażby w Strzemińskiego teorii unizmu, kiedy
postuluje by obraz był tak organiczny „jak nią jest natura”.[80]
Środowisko społeczne, percepcja akademizmu
Słowem wspomnieć należy o społecznym odbiorze akademizmu. Okazuje
się bowiem, że malarstwo niezależnie od tematyki obyczajowej jest do
zaakceptowania przez ugruntowaną konwenansem recepcję społeczną, jeżeli
wszystko trzyma się w ramach umownych, powszechnie zrozumiałych i
akceptowanych reguł. Które określa jednak zawsze pewnego rodzaju rodzajowa
łagodność (soft). A co więcej sztuka akademików przyciągała tłumy. Jak pisze
Maria Poprzęcka: „publiczność tłoczy się przed tymi obrazami”.[81]
Zauważyć przy tym trzeba, że nieobecne były skandale ze sztuką w tle, jakich
to nadmiar obserwujemy w latach ostatnich. Świadczyło to o ówczesnej wysokiej
społecznej randze sztuki. Przy powszechnej „inwazji nagości na wystawach”
(np. Sir Lawranc Alma-Tadema, Henryk Siemiradzki) a nawet w przypadku
„obrazów o sadystycznym zabarwieniu” (np. Leon Bonnat, Artur Grottger) miała
miejsce jednak obyczajowa tolerancja, biorąca się z faktu, iż „szyld „sztuka”
sankcjonował wszystko”.[82] Długa jest lista artystów o inklinacjach do
przedstawień erotycznych: Adolphe-William Bouguereau, Alexandre Cabanel,
Jean-Leon Gerome, Henri Lehmann, Paul Baudry, Domenico Morelli, Henri Gervex,
Paul-Joseph Jamin...ale i Charles Gleyre, Leszek Żmurko, Hans Makart i Lord
Frederick Leighton. Była to patrząc z dzisiejszej perspektywy sytuacja
komfortowa, odpowiadająca całemu ówczesnemu, i chyba szerszemu niż
dzisiejszy, Art World’owi. Podobnie jak wcześniej przywołany etos artysty
profesora. Brała się z jedności mentalno-kulturowej świata artystów i
odbiorców. Wspólnota ta zerwana została wraz z pojawieniem się malarstwa o
rysach rzeczywistego podobieństwa (w różnym stopniu realistycznego) do życia
aktualnego, kiedy publiczność zaczęła dawać wyraz swemu oburzeniu oglądając
tego typu malarstwo na Salonach Akademii paryskiej (jak np. wobec „Olimpii”
Maneta w 1865).
Dzisiaj
podobny konsens obserwować można w przypadku zabarwionej erotycznie i
witalnie reklamy. A tłumy zwiedzających raczej, i przynajmniej w Polsce,
jedynie w przypadku wystaw sztuki nienajnowszej.
Świt nowego
Zanim
zaczniemy przybliżać problemy awangard, tytułem wprowadzenia zwrócić
powinniśmy uwagę na przemiany sposobu myślenia jaki dokonywał się na
przestrzeni wieku XIX, pierwszego stulecia nowoczesności i dalsze tego
konsekwencje. Proces ten Alois Riegl widział w sposób następujący:
„Najpierw mniemano, że antyk najbardziej zbliżył się do kanonu, a
nawet, że reprezentuje ten ideał w niektórych swych dziełach. Dziewiętnasty
wiek odrzucił ostatecznie pretensje antyku i obok niego emancypował niemal
wszystkie znane inne okresy sztuki i ich samodzielne wartości, ale mimo to
nie porzucił wiary w obiektywny ideał sztuki.”[83]
Potwierdza to, iż w sztuce występują na przemian dwa nurty. Jeden o
dominacji ideału (klasycznego wzoru funkcjonującego w obrębie systemu sztuki
jako paradygmat), drugi o strukturze złożonej, eklektyczny. W obrębie
awangardy wydają się one łączone i wiązane na różnych poziomach w
przestrzeni jednej postawy artystycznej (wyrazowej). Jan Białostocki
analizuje szczególne znaczenie impresjonizmu, który „choć zamykał
wielowiekowy cykl ewolucyjny sztuki mimetycznej, zarazem przygotował przez
niektóre swe aspekty stylowe, przez obojętność wobec tradycji ikonograficznej
i antyhistoryczną postawę, przez powoływanie się na naukowe przesłanki –
niejeden z nurtów sztuki naszego stulecia [wieku XX]”.[84] Myśl tę podjął
Mieczysław Porębski wskazując na kulturowe pośrednictwo Cèzannea i Maneta
między impresjonizmem i naturalizmem a antynaturalistycznym modernizmem,
które połączył dopiero kubizm.[85] O znaczeniu impresjonizmu, a wcześniej
jeszcze Szkoły Barbizon i Courbeta, w demontażu konstrukcji akademickiego
obrazu, pisze także Mieczysław Wallis. Zauważa on, że „z dążeniem do
ograniczenia malarstwa do tego, co dane w bezpośrednich wrażeniach
wzrokowych, łączy się też dążenie do wyeliminowania lub przynajmniej
zredukowania tego, co wychodzi poza wrażenia czysto zmysłowe – pierwiastków
intelektualnych, myślowych, pojęciowych.”[86] Zwraca on także uwagę na
możliwie zasadnicze w istocie znaczenie jakie w sytuacji
po-impresjonistycznego przełomu ma ignorowanie tematu w dziele malarskim, a
które zaczęło się detronizacją ich sztucznej wydawałoby się hierarchii. Pisze
on: „Impresjoniści zaniechali „wielkich tematów” – tematów zaczerpniętych z
kręgu wierzeń chrześcijańskich lub mitów grecko-rzymskich, z historii lub
literatury pięknej. Był to czyn o wiele bardziej rewolucyjny, niż się na ogół
mniema.”[87]
Zdecydowany rozbrat z historią nastąpił jednak na początku dwudziestego
stulecia, uznano wtedy „całą dawną twórczość jako minioną bezpowrotnie a jej
kanony za nieobowiązujące”.[88] Dzisiaj z kolei po dziesięcioleciach
filozoficznych przewartościowań znajdujemy się w fazie (być może schyłkowej)
kultury ponowoczesnej. Jest ona w jakiejś mierze w języku formy syntezą i
kompilacją wszystkiego co było, a w sensie myślowym posiada cechy totalnej
otwartości, nieuchronnie konfrontowanej z racjonalnymi i humanistycznymi
kanonami.
Awangardy
Za motto tego rozdziału mogłoby służyć zdanie Gerome’a:
„łatwiej być podpalaczem, niż strażakiem”.[89]
Jest to zapewne najtrudniejsza część artykułu. Teren, na który
wkraczamy obwarowany jest, zdaje się, jak mało który, by nie powiedzieć jak
żaden inny, siecią tabu i mitów. Panuje tu powszechne a ciche porozumienie,
polegające na jedynie możliwym kultowym odniesieniu do obserwowanych na nim
manifestacji. Zobaczmy zatem czy posunięte do skrajności idolatrii, tak, że
krytyka spoza jego kodu może wywołać neurasteniczną reakcję.
Powodem odchodzenia od akademizmu były m.in. takie faktory jak zwrot od
finii do szkicu, od rozbudowanych alegorycznych scen historycznych i
historyzujących (dziś mówi się: literatury) ku motywom pejzażowym, co w końcu
wyrodziło się w niezrozumiałe absolutyzowanie impresjonizmu. A co
doprowadziło ostatecznie do nobilitacji twórczości amatorskiej. Cenienie
szkicu na równi z dziełem, tłumaczono czcią dla spontaniczności i oryginalności.
Inne czynniki rozmontowujące akademicki system artystycznych dystynkcji to
takie, jak postępujący realizm, a także empiryzm optyczny i coraz większa
kariera fotografii. Aż po jej pełną autonomię jako samodzielną, nową i wciąż
atrakcyjną, dyscyplinę artystyczną.
Sugestywną, ale i ryzykowną, tezę o manifestacji z akademizmu właśnie
postępowego myślenia w sztuce zawiera refleksja Jakuba Woynarowskiego[90] o
„gadatliwej pustce Davidowskiego obrazu [Śmierć Marata]”, która „zrodziła być
może Czarny kwadrat Malewicza i wraz z nim, epokę abstrakcyjnych
wątpliwości?” Postawa ta przypomina wcześniejsze analizy Mieczysława
Porębskiego. Wśród jego ciekawych i subtelnych dociekań nad stylem XIX wieku
pojawia się i takie, że portret Zoli Maneta zawiera w sobie intuicje i
zapowiedzi kubizmu. Dzieje się tak dlatego, że „w owym „eklektycznym”
zestawieniu na jednej płaszczyźnie, w jednym pasee-partout cytatów z różnych
stylów, epok, z różnych kulturowych tradycji, odnaleźć możemy tę samą zasadę,
która kształtować będzie tak odmienną, a tak przecież podobną poetykę
kubistycznych portretów, martwych natur i kolaży.”[91]
Źródło powodzenia awangard widzieć można w stawianiu przez jej
apostołów trudnych do weryfikacji utopijnych i niemożliwych do spełnienia
założeń teoretycznych. Na przykład Grupa Blok formułowała tezy nowej sztuki
jako m.in. „bezwzględny obiektywizm form”, mechaniczność, wrogość wobec
jakości dekoracyjnych, utylitaryzm, laboratoryjna metoda pracy, kreatywność
(twórczość) i funkcjonalizm.[92]
Z kolei kariera awangardy przyniosła w szerokich kręgach uzurpatorów,
bez wiedzy intelektualnej i kulturalnej, przeświadczenie o
konstytuowaniu wartości na zasadzie jedynie własnych, domorosłych, a zatem
dość karykaturalnych mniemań. Kiedy podstawowym problemem, nerwem progresji
artystycznej musi być zanegowanie dorobku przeszłości, trzeba wiedzieć co nim
jest i co się neguje. A z tym są poważne problemy. Ignorancja jest brakiem
świadomości, a osoba cechująca się nią we własnych oczach ma się za kogoś
wyśmienitego.
I chociaż awangardowi artyści jak rosyjscy konstruktywiści i włoscy
futuryści wyznawali wiarę w masy ludzkie, rozumianą jako postęp przyszłość,
urbanizację i przemysł, to od początku stwarzali prawie jedynie czczą,
wyradzającą się w praktyce utopię. Bo tak na prawdę ich przemyślenia i
propozycje od reszty społeczeństwa dzieli najczęściej, jeżeli nie zawsze,
przepaść odrzucenia. Trzeba jednak pamiętać o zróżnicowaniu kulturowym
społeczeństw i systemów politycznych, w których artyści działają. Jest
przecież tak, że pewne projekty realizuje się, a idee są absorbowane. Jak na
przykład w przypadku architektury post- i modernistycznej. Chociaż
uprzytomnić sobie wypada powszechność eklektyczno- kompilacyjnych
rozstrzygnięć już w architekturze dziewiętnastowiecznej.
Mimo
czasami dość sztywnych, niejako pierwotnych, ograniczeń artystów
akademickich, jak w przypadku mniemania, iż „w obrazie nie może być więcej
tematów niż jeden”[93], czyż nie awangardowo brzmi przeświadczenie o malarzu
jako autorze „który wynajduje i tworzy od nikogo nie zapożyczone myśli”[94] a
nawet „może pokazywać zupełnie nowe rzeczy, których jest twórcą”.[95] A z
kolei pęd do nowego zdaje się prowadził awangardę do trudno zrozumiałych
wykładni formuł własnej doktryny. Na przykład Władysław Strzemiński
krytykując suprematyzm posunął się do wyrażenia „wątpliwości co do możliwości
pogodzenia statyki obrazu (statycznego prostokąta) z dynamizmem linii”[96].
Należy też pamiętać, że akademia, tak jak paryska, miała okresy, kiedy
była tolerancyjna, jak w wieku osiemnastym kiedy jej sekretarzem był
Chardin.[97] Awangardy z kolei przy naturalnej dla nich otwartości na
przemiany, były jednak szkołą doktryn, w których laboratoriach dochodziło do
olśnień i odkryć obfitujących w krystalizacje kierunków pełnych plastycznego
rygoryzmu. Odmiennie z charakterystycznym indywidualizmem kształtowanych.
Wiadomo też o styku (po pewnym przeforsowaniu własnego obszaru) nauki i
mistyki. W takim obszarze mogła zaistnieć „paranoja kontrolowana”
surrealistów (Dali). Już Oscar Wilde pokpiwał ze zbytniej pedanterii praktyki
i teorii w słowach „a komu zależy na konsekwencji? filistrom chyba i
doktrynerom, nudnym figurom, doprowadzającym swe zasady do ostatecznej
konsekwencji, chociażby sami dochodzili przez nie do absurdu.”[98]
Powróćmy do wątku przyczyn dekonstrukcji akademickiego dzieła,
najczęściej mozolnie i starannie opracowanego, a w warstwie ikonologicznej
posiadającego zapis bogactwa fenomenów ludzkiego świata. W czym przypominają
je chociażby dokonania przedstawicieli naszej sztuki krytycznej. Jak się
zdaje przemiany kiełkowały w mentalności. Tak jak u Böcklin’a, który był
niechętny „współczesnemu malarstwu rekonstruującemu archeologicznie
przeszłość antyczną, jak i powszechnej w malarstwie mitologicznym idealizacji.”[99]
Z drugiej strony mamy tutaj do czynienia z niefrasobliwością, która
przynosi przełomowe (a niekiedy katastrofalne) zmiany. Ich charakter najpierw
wydaje się banalny. Po raz pierwszy tutaj przychodzi mi podważyć opinię,
mojego mentora, pani profesor Marii Poprzęckiej. Przekonana jest ona
bowiem,[100] że dokonane w miarę przenikania romantycznych tendencji, uznanie
studium natury za skończone dzieło sztuki, rozwiązało konflikt „szkic –
wykończenie” i to w ramach istniejących zasad i instytucji [akademizmu]. Czy
w ogóle można – należy się spytać – rozwiązać ów nie tyle
(nieprzezwyciężalny) konflikt, co pogodzić tak naprawdę całkowicie odmienne
postawy teoretyczne i praktyczne. Wydaje się, że nie jest to możliwe. Bo
różnią się one zasadniczo innym stosunkiem do pojęcia realizacji artystycznej
i wynikają z goła innych oczekiwań wobec sztuki żywionych. Rzeczą przekonań
jest obstawanie przy twierdzeniu, że to w szkicu w pełni objawia się geniusz
i indywidualność twórcy. Odchodzenie od fini spowodowało sytuację, że „pod
koniec wieku [XIX] gładko i pracowicie wykończone płótna należą do
rzadkości”[101]. Najpierw u Couture’a, a potem u Makarta można było
śledzić swobodnie zaznaczony dukt pędzla. Co też nie było niczym
nowym. Pamiętać też warto, że typowe dla akademików malarstwo laserunkowe „ze
względu na ogromną pracochłonność zanikło praktycznie w XVIII wieku”. [102]
Do tego dochodziła stopniowa redukcja kompozycji i degradowanie tematu.
I tak Andre Malraux przemawiając na uroczystościach żałobnych Georges’a
Braque’a 3 września 1963 wyrażał podziw dla roli „jaką ten geniusz odgrywał w
najważniejszej rewolucji w sztuce stulecia”[103] oraz także dla jego wkładu
„w przezwyciężenie naśladownictwa przedmiotów i zjawisk.”[104] Mówił też w
tonie pochwalnym, jak to jest w zwyczaju takich okoliczności, używając
wzniosłych zwrotów retorycznych, jednak semantycznie dość enigmatycznych, iż
cechą Braque’a było „powiązanie jawnie głoszonej wolności z niemającym
odpowiednika we współczesnym malarstwie opanowaniem środków tej
wolności.”[105] Jednak Braque był zaledwie pionierem żyjącym siłą rzeczy w
bezpośredniej bliskości klasycznej kultury wizualnej.
Kolejne pokolenia awangardy doprowadziły do coraz bardziej mistycznego
traktowania sztuki. Grzegorz Dziamski[106] przytacza refleksję teoretyczną
Ada Rainhardt’a, dla którego „sztuka-jako sztuka nie może zdobywać świata bez
zatraty swej duszy” i wyjaśnia skrajność tak pojmowanej autonomii
sztuki tym, że nie może ona „odpowiadać na żadne pochodzące spoza
sztuki oczekiwania czy zapotrzebowania, jeśli chce pozostać sztuką.”
Odnotujmy zatem; do wcześniej wymienionych atrybutów nowoczesności
(tutaj synonimu awangardy) oprócz spontaniczności, szkicowości i
oryginalności (rozumianej jako nielinearna i nie czysto literackiego typu
zdolność narracyjno-dyskursywna) doszła jeszcze całkowita teoretyczna
(aksjologiczna) wolność aktu twórczego. Wolność ta wulgarnie interpretowana
zerwała więź ucznia z mistrzem i pozwoliła na uznanie nowych definicji dzieła
i artysty, w których ich status zależy od tautologicznych deklaracji.
Przemiany dotyczyły wspomnianej już ubożejącej ikonografii. Świat
przedstawień zmieniał się – jak się okazało - radykalnie. „Matka Boska staje
się karmiącą chłopką, święty Józef – cieślą, miejsce obrazów dewocyjnych
zajmują po prostu przedstawienia modlących się ludzi.”[107] A „w miarę upływu
lat kąpiące się boginie stawały się nagimi, kąpiącymi się kobietami”.[108]
Utorowano tym sposobem drogę rozwoju, pogardzanym w akademizmie, scenom
rodzajowym tzw. „alegoriom rzeczywistym”.
Dotyczące nowych zagadnień tematycznych procesy myślowe w drugiej
połowie XX wieku rozszczepiły się na wyspecjalizowane opcje tematyczne, jak
gender, feminizm i w ogóle walka z wszelką dominacją. Wykazują one
zbieżność z kanonem problemów stawianych przez lewicę polityczną. Zatem
wyraźna jest też zmiana sympatii politycznych artystów od konserwatywnych
(akademicy) do lewicowych. Co artyści awangardy poświadczają przynależnością
do partii komunistycznych (Picasso, Léger) lub środowisk dziś zwanych nową
lewicą (Artur Żmijewski, Wilhelm Sasnal). W dwudziestoleciu 1918-1939 w
Polsce do kierunków konstruktywistycznych przylgnęło wręcz określenie
„skrajnej lewicy”[109].
Wzrastający pociąg do weryzmu scen życia codziennego, kojarzy się z
tożsamą w swej istocie skłonnością niektórych przejawów w dzisiejszym
trendzie instalatorskim czy para-teatralnym (performance, instalacja, obiekt)
sztuki jak ma to miejsce w przypadku akcji Julity Wójcik (np. Obieranie
ziemniaków, Zachęta 12.02.2001). Nurt ten po- czy anty-sztuki oczywiście
zainicjował swym trudnym do ocenienia gestem Marcel Duchamp.
Im
bliżej współczesności, tym bardziej zauważyć można powtarzanie jak refrenu
(mantry) słowa natura. Sama natura najpierw wzrasta w znaczenie, by z czasem
zająć miejsce centralne o kluczowej randze i w końcu stać się niemalże
jedynym już tylko bohaterem artystycznych wysiłków. W najszerszych kręgach
artystycznych dochodzi wręcz do zatraty – w związku z taką praktyką - cech
spekulatywnych własnych poczynań. Pejzaż wyraża ich „prawdę, prostotę,
szczerość”[110] w podejściu do natury. Mamy tu do czynienia z zawrotną
karierą, bowiem „akademickie studium z natury – początkowo będące tylko
jednym z przygotowawczych etapów budowania obrazu – stało się samo gotowym
obrazem.”[111]
Dość radykalnie sytuacja w tym względzie zmieniła się wraz nastaniem
awangard. Dzisiaj ewentualne odniesienia do natury filtrowane są przez land
art czy sztukę ekologiczną.
Jeżeli przyjmiemy, że awangarda jest świadomym programowym zerwaniem z
poprzedzającym ją nastawieniem stylistycznym, za historycznie pierwszą
awangardę uznać trzeba impresjonizm. Poprzedzali go Courbet i Manet.
Przytoczmy kilka słów o rozumieniu miejsca Maneta: „Manet to ostatni z
wielkich klasyków i zarazem pierwszy malarz nowoczesności”[112] a także
„Manet zdecydowanie występował przeciwko akademizmowi, ale miał wielki
szacunek dla sztuki dawnej”. [113] Złożoność struktury fizycznej i
metafizycznej sztuki kontynuowali Gauguin i Cèzanne. „Symboliczne obrazy
Gauguina czy Wielkie Kąpiące się Cezanne`a są, mimo wszystkich kolosalnych
różnic formalnych, bliższe akademickiemu niż naturalistycznemu czy
impresjonistycznemu pojmowaniu celów i istoty sztuki”[114] – twierdzi Maria
Poprzęcka. Przy czym Cezanne odebrał wykształcenie artystyczne w prywatnej
Academie Suisse, która „realizowała program odmienny od tradycyjnego
nauczania akademickiego, natomiast od początku swego pobytu w Paryżu
studiował w Luwrze dzieła Rubensa, Poussina i Delacroix.”[115] Stąd
upraszczając można dojść do wniosku, że „rygorystyczna kompozycja,
charakterystyczna dla jego prac, wywodzi się z malarstwa Poussina; a swoboda
operowania plamą barwną - ze sztuki Delacroix.”[116] Cezanne jest też zwany
ojcem wszystkich malarzy nowoczesnych, na co sobie zapracował niezależnością
i wnikliwością postawy wobec zagadnień malarskich.
Wraz ze zwrotem ku szczerości i natychmiastowości oddania wrażenia,
zdecydowanie pojawiają się symptomy desymbolizacji, estetyzacji i pustki
treściowej dominującej powszechnie w kulturze popularnej. Co do
wypłukiwania z warstw znaczeniowych w tym z ikonologicznej
symboliki, wydaje się, że nawet dzisiaj kiedy doznaliśmy nowej
konstrukcji dzieła odmiennie niż tradycyjne realizowanego – trafny ale
i wielopoziomowy przekaz, wielowymiarowy sens i treść są jednak ciągle
warunkiem podstawowym sztuki.
Ukoronowaniem postawy redukcjonistycznej - obejmującej budowę całości
dzieła - był natomiast z jednej strony minimalizm, a z drugiej konceptualizm.
Nie jest to dziwne gdy zważy się przerost i maksymalizację warstwy mentalnej
awangardy nad pracą w typowym atelier.
Innym aspektem zmian wraz z zanikiem umownej konwencji akademizmu było
odejście w obrazie od tak zwanego kolorytu lokalnego, najpierw ku
doktrynersko pojmowanemu realizmowi złożonych układów barwnych w naturze
(impresjonizm). Później w reakcji na niego (Gauguin) pojawił się kolor
symboliczny. Przy czym to właśnie wtedy zaczęto mówić o kolorze jako czymś
autonomicznym i jednym z wewnętrznych praw obrazu.
Było to impulsem dalszego uprzedmiotowienia dzieła. Traktowanie go jako
rzeczywistego obiektu, po wcześniejszym pozbyciu się takich aksjomatów jak
perspektywa i fini, spowodowało podkreślanie jego płaskości poprzez sposób
kładzenia farby bez zaopatrywania jej w różnego typu mimetyczne ekwiwalenty
za to wykorzystujące (często) walory faktury. Aczkolwiek takie myślenie
nowatorów jest do pewnych tylko granic logiczne i nie można go widzieć jako
objawiania prawdy sztuki, lecz jedynie wymiarów jej wolności i bogactwa.
Szczególnie kiedy pamięta się o ekscytującym geniuszu artystów panteonu
sztuki, takich jak Rembrandt i Vermer, którzy stosowali w obrazach walory
fakturowe, a Vermer wykorzystywał nawet piasek, by uzyskiwać efekty barwne i
perspektywiczne .
Bardzo ciekawie z dzisiejszego punktu widzenia w odniesieniu do sztuki
krytycznej wygląda wzorowanie obrazów ważnych wypadków współczesnych na
ilustrowanej kronice gazetowych aktualności.[117] Ma tutaj miejsce wspólna
dla obu postaw eksploracja społecznych uwarunkowań zachowań ludzkich.
Skądinąd zapatrzenie w stare malarstwo i ustawiczna z nim gra są
czytelne w inscenizacyjnych i fabularyzujących fotograficznych
performances Łodzi Kaliskiej.
Pustkę myślową kultury masowej i jej proces fetyszyzacji przedmiotów
konsumpcji, ironicznie afirmował pop-art, będący efektem długotrwałego
odchodzenia od znaczenia w sztuce.
Konsekwencje koncentracji na zjawiskach percepcji optycznej, mającej
początek w impresjonizmie, doprowadził do skrajności op-art. Natomiast
natychmiastowość oddawania wrażeń - malarstwo gestu.
Artyści
Kilka słów poświęćmy osobom artystów nowoczesnych lub/i
awangardowych. Mieli oni odmienne od utartych zachowań relacje z akademią.
Można się domyśleć, że nie pozbawione akcentów lekceważących system
uczelniany. Zapewne nie w brakach samodyscypliny, lecz w nieodpartej
potrzebie oryginalnej wypowiedzi należy doszukiwać się początków ich
nowatorstwa artystycznego.
Wśród malarzy, których jako pierwszych okrzyknięto jako nowoczesnych
byli: Courbet, Manet, Cezanne. Był też w ich gronie protoimpresjonista
Turner. Co charakterystyczne- i będzie się później powtarzało w biografiach
innych nowatorów - J.M.W. Turner „najmłodszy akademik w historii Anglii
lekceważył akademickie obowiązki, „wagarował” z obrad profesorskiego gremium”[118].
Całe życie nadmiernie neurasteniczny Vincent Van Gogh, ikona niezrozumiałego
artysty awangardowego „w listopadzie 1885 wyjeżdża do Antwerpii aby studiować
na Królewskiej Akademii Sztuki. Szybko rezygnuje z nauki, gdyż jego
gwałtowna, zbyt indywidualna technika, nie zyskuje uznania na akademii.
Rozczarowany porzuca więc studia i przeprowadza się do Paryża.”[119]
Od tej pory, aż co najmniej po rok 1945, ugruntowuje się już rola
Paryża a nie Rzymu jako niezbędnego inkubatora koniecznych w dalszej karierze
artystycznej nowych, coraz bardziej oryginalnych postaw i poczynań. Znaleźli
się tu jako jedni z wielu Picasso i Dali, porzuciwszy wcześniej
madrycką Królewską Akademię Sztuki. Dali „dwa razy został [z niej] wydalony,
nigdy nie podszedł do egzaminów końcowych. Jego zdaniem był bardziej
wykwalifikowany niż osoby, które miałyby go egzaminować.”[120] Na swego
mistrza wybrał jednak fotorealistycznego malarza akademickiego Meissoniera.
Surrealizm w malarstwie był też najbardziej akademickim nurtem spośród
odmian kierunków nowoczesnych, podobnie lub jeszcze bardziej bliski mu
był ze względu na dbałość o warsztatową materię i biegłość hiperrealizm.
Na naszym rodzimym gruncie rzecz nie przybiera tak dramatycznych
zwrotów. Jak pisze Zofia Baranowicz „do warszawskiej Szkoły Sztuk
Pięknych uczęszczali także inni [obok Henryka Berlewiego] znani
twórcy awangardy: Aleksander Rafałowski, Henryk Stażewski, Mieczysław
Szczuka i Teresa Żarowerówna”.[121] I co więcej, i szczególne w tym kontekście
„studiując u tak wybitnych artystów i pedagogów „starej szkoły”, jak
Stanisław Lentz, Miłosz Kotarbiński i Karol Tichy, mogli wynieść z uczelni
gruntowną znajomość rysunku, zasad perspektywy i anatomii”.[122] Studia w
akademii są zwyczajowym (poza wyjątkami) fragmentem biografii polskich
artystów, których aktywność przypadła na miniony niedawno wiek. Nie znaczy
to, że retorycznie nie stawiali konfrontacyjnie pasji nowości wobec żmudnej
pracy w pracowni nad rozwojem sprawności artystycznej. Artyści polscy biorący
udział w wystawie Nowej Sztuki (Wilno 1923) m.in. Żarnowerówna, Szczuka i
Strzemiński „ostro występowali przeciw wszelkim formom kopiowania natury w
sztuce, wyzwalali się spod „panowania przedmiotowości”, wskazywali na
konieczność oczyszczenia plastyki z obcych jej zadań „literackich,
historycznych, mistycznych, pseudoklasycznych, muzycznych, anatomicznych”,
konstatowali, iż obraz jest zorganizowanym w całość tworem sztuki, którego
istotę stanowi bezpośrednie oddziaływanie form plastycznych.”[123] Nie
brakowało wśród naszej zapóźnionej, co nie znaczy nieoryginalnej, awangardy
trzeźwych osądów; Tytus Czyżewski twierdził wręcz przenikliwie „prawdziwa
żyjąca sztuka jest zawsze futuryzmem”[124], a Strzemiński „kult dla wielkiej
sztuki odnosił również do epok minionych”[125].
Picasso stwarzał poruszające (a niejednokrotnie wzruszające lub
wstrząsające) prace przez całą swą twórczość, we wszystkich jej okresach;
począwszy od akademickich, po prawie abstrakcyjne. Zagadnienie to dobrze
oddaje i ilustrowała wystawa zorganizowana w Muzeum Prado pod, inspirującym
dla tematu naszych rozważań, tytułem „Picasso. Tradycja i awangarda”[126].
Jak pisze oglądająca wystawę Malina Kluźniak[127] „jesteśmy świadkami
wyjątkowego dialogu między Picassem a przeszłością, także jego własną, bo w
młodości właśnie tutaj studiował prace m.in. El Greca, Velázqueza i Goi.”
Pojawiający się niejednokrotnie rozdźwięk między utopijnymi w
założeniach aspiracjami (teorią) a praktyką awangardy prześmiewa Fritz Saxl:
„żaden z tych, którzy podpisali manifest [futurystów], nie okazał się wielkim
artystą.”[128] Jednak zawsze też niezależnie od nacisku nowoczesności i
awangardy istnieli malarze kultywujący tradycje malarstwa solidnie budującego
przedstawiane motywy (Balthus).
Perspektywa rewizji poglądu na akademizm
Nie
jest możliwe, by w sposób pełny dociec struktury mechanizmu, który niczym
ukryta sprężyna powodował wypieranie ze świadomości nowych elit artystycznych
tradycyjnego paradygmatu, cechującego się skłonnością do formalnej i
technologicznej poprawności oraz klasycznej estetyki. Możemy przypuszczać, że
pole działania siły zmian w kanonie klasycznym wyznacza z jednej strony
zmieniająca się rzeczywistość, a z drugiej poczucie, że wszystko
płynie, jak również – szczególnie aktualnie - że wszystko już było. Dzisiaj
natomiast zdaje się wiemy w większym stopniu, że żaden kierunek nie umiera
całkowicie, choć mógł być nowy. Dzisiaj też w sytuacji kulturowej,
która została określona jako hiperrzeczywistość, prawdopodobnie jednak
dysponujemy zaledwie i jedynie umiejętnością wspominania „świata tradycji
historycznej, stylów i akademii”[129]. A próba powrotu do niego, jak ma to
miejsce w literackiej i kuratorskiej kreacji Nowych Dawnych Mistrzów Donalda
Kuspita może mieć jedynie naturę déjà vu. Jest też daremną „próbą
udowodnienia, że nic się nie stało i czerpaniem rozkoszy z retrospektywnej
halucynacji”.[130]
Ale też zagadką pozostanie przypisywanie jednoznacznie pozytywnych
wartości wszelkim awangardom. Co w pewien sposób stało się atrybutem
intelektualnego postępu. Tę niekorzystną – a niestety żywą i powszechną -
kulturowo kliszę intelektualną dobitnie ucieleśnia stwierdzenie Moniki
Małkowskiej o Turnerze. Uważa ona, że „dopiero [jego] późne dzieła sprawiły,
że znalazł się w lidze mistrzów wszech czasów”[131]. Nie wiem dlaczego
jego wczesne genialne studia malarskie z podróży po Anglii nie miałyby
zakwalifikować go do tychże mistrzów. By podkreślić jeszcze bardziej i tak
już skrajnie egzaltowane wyznanie wiary w nietradycyjną nowość, publicystka
dodaje: „jego odwrót od tradycji uznano za objaw szaleństwa”. Co oczywiście
ma wzmacniać tezę o oryginalności tej fazy twórczości malarza, lecz nawet w
najmniejszej mierze nie jest jej uzasadnieniem rzeczowym.
Te
stereotypy są czymś ugruntowanym i obiegowym, skoro w słowniku (Władysława
Kopalińskiego[132]) akademicki znaczy tyle co szablonowy, poprawny, a
akademizm jest kierunkiem konwencjonalnym. A inna encyklopedia elektroniczna
idzie dalej charakteryzując akademizm jako konwencję artystyczną,
odznaczającą się konformistyczną poprawnością formy przy jednoczesnym
odrzuceniu spontanicznej ekspresji.[133] Jednak i w fachowym Słowniku Sztuki
Francuskiej hasło akademia (Acadèmie Royale de Peinture et de Sculpture) mówi
o teorii klasycyzmu jako nacechowanej negatywnymi konotacjami, gdyż
„pojmowana w sposób dogmatyczny, teoria ta prowadziła do schematyzmu,
monotonii i pompatycznej sztywności sztuki”.[134]
Maria Poprzęcka przyczyny tego stanu rzeczy widzi w prowadzeniu badań
nad tym okresem sztuki w „zupełnym oderwaniu od artystycznego kontekstu
epoki”, ponadto w panegirycznym stosunku prowadzących badania do
nowoczesności, co z kolei prowadziło do braku dystansu „niezbędnego dla
pełnego widzenia zjawisk i naukowego ich poznania.”[135] Znawczyni tematu
zdaje się dostrzegać nadzieję w badaniach obecnie podejmowanych, bowiem
„coraz częściej ujawniają [one] zaskakujące obustronne powiązania między
oficjalnymi a niezależnymi [artystami], co dodatkowo utrudnia kreślenie
podziałów. A lepiej poznawana [sztuka akademicka] burzy systemy, w jakie
usiłuje się ją ująć.”[136] Co istotne, nowe badania spowodowały nawet
zasadniczy, kluczowy zwrot w stosunku do impresjonizmu. Chodzi o
zakwestionowanie „wyłącznego prestiżu” tego kierunku.[137]Może to ze
swej strony w dalszej kolejności doprowadzić do, zdaje się potrzebnego,
przełomu, który pozwoli odczarować dziwaczne mniemanie – jakie czasami ma
miejsce - o impresjonizmie jako wręcz początku sztuki (sic!).
Naszym udziałem może zatem stać się zgodnie z przeżywanym teoretematem
postmodernistycznym swoista kulturowa rehabilitacja kierunku w epoce
pluralizmu i nieograniczoności postaw wizualnego kształtowania.
Przeświadczenie to czerpię ze świadomości, iż żaden kierunek (w tym
nowoczesny, jak i ponowoczesny) nie wyczerpuje własnego ideału, nie będąc
nigdy do końca spełnionym. Wynika też ono z uświadomionego (a nie
deklarowanego) stanu rzeczy, iż nie tylko każdy kierunek, ale i postawa, jest
pewnym formalnym kanonem i intelektualną konwencją.
Jest też w coraz większym stopniu oczywiste, że krytycznie odnieść
trzeba się do potocznego, a sprzyjającego wszelkim awangardom, poglądu
o linearnym przyczynowo-skutkowym rozwoju sztuki. Jakby miał on być procesem
ewolucyjnym. Zdaje się, iż przybliżamy się do zrozumienia, że czas w sztuce
jest ważny jedynie jako czynnik umożliwiający dojrzewanie sprawności artysty
i jego koncepcji, ale także spotkanie z innymi artystami i przejawami ich
aktywności, czy dotarcie do informacji o nich, jak i szerzej - do świata
myśli, teorii, idei.
Być może za sprawą powojennej kariery malarstwa abstrakcyjnego,
krótkotrwałej (jak ma to miejsce w większości awangardowych boomów) jądrem
negatywnej oceny akademizmu stał się jego sposób przedstawiania świata według
kanonu analogicznego, bliskiego i zbieżnego z realnym postrzeganiem
rzeczywistości. Innym czynnikiem podobnie działającym była zapewne dążność
sztuki dwudziestego wieku do „wyprowadzenie nas poza świat ludzki,
odczuwany jako zbyt ograniczający”, a która to jak pisze Wolfgang Welsch
była „wręcz [jej] motywem przewodnim”.[138]
Na rzecz
bardziej rzeczowego oglądu neo i –klasycyzmu przemawia wspomniane szybkie
kurczenie się nośnych w inspirujący odzew pokładów nowej sztuki. Bo mimo iż
„krytycy i historycy sztuki wprawdzie nadal toczą spory na temat różnych
przełomów i cezur w sztuce XX wieku” to „dość zgodnie jednak przyznają, że
sztuka nowoczesna czy/i awangardowa zasadniczo wyczerpała swoje możliwości
twórcze najpóźniej w latach siedemdziesiątych XX wieku”.[139]
Zatem być może pojawi się nowe spojrzenie na akademizm. Kierunek,
który jak i inne style historyczne „potwierdzał widzialną rzeczywistość z
natchnioną skrupulatnością”.[140] Być może właśnie dlatego, że wielu
progresywnych artystów toczy zaangażowaną i wyczerpującą – chociaż często
nieuświadomioną - grę z estetyzującymi nasze życie mediami.
Misja akademii
Zacznijmy od najbardziej oczywistej konstatacji potrzeby zyskiwania
przez adeptów, podczas nauki na akademii, umiejętności w zakresie
(niezależnie jak to jeszcze inaczej nazwiemy) artystycznego warsztatu,
rzemiosła czy kunsztu. Jest to warunek, który często jest przypominany, a
którego spełnianie jest dla artysty niezbędne. Podobnie jak dla
wszystkich ludzi myślących znajomość reguł języka w zdobywaniu wiedzy,
umiejętności i ekspresji świadomej myśli.
Trzeba też zadać pytanie, czy możliwe jest kształcenie adeptów sztuki
bez wzorców, ideałów, idei
i stawiania im wymagań co do dbałości o poprawność formalną, choćby w
jakimś minimalnym zakresie,
i rozwijania szeroko rozumianych umiejętności: warsztatowej,
kompozycyjnej i technologicznej. Nie można pominąć troski o rozwój
intelektualny i poszerzanie wiedzy.
To co zostało stwierdzone widzieć trzeba w relacji do stanu wynikłego z
uznania szkicu za gotowe dzieło, co skutkowało „postępującym w bardzo szybkim
tempie upadkiem malarskiego rzemiosła”.[141]
Wszelako w najbardziej nowatorskiej z akademii – weimarskim Bauhausie
nie zabrakło roztropności pedagogicznej. Obok bowiem części praktycznej
dotyczącej; znajomości wybranego materiału i pracy z nim, „geometrii,
konstrukcji, modelowania i wzornictwa”, uczono też historii sztuki i nauki.
Ta dwutorowość zaznaczona była faktem posiadania przez każdego ucznia dwóch
kierowników: artysty
i rzemieślnika-konstruktora.[142]
Wielki praktyczny cel akademii polegał - i powinien polegać - na
uczeniu studentów całości zagadnień artystowskich od „generalnego układu
kompozycyjnego, poprzez trafne dobranie gruntu, umiejętne kładzenie
podmalówki, budowanie efektów przestrzennych i światłocieniowych,
kolorystycznego „tonu” obrazu, aż po ostatnie „bliki...”.[143] Takie
podejście budzić będzie na powrót respekt dla wiedzy
i umiejętności tak uczącej akademii.
Potrzeba podjęcia na nowo identycznych zobowiązań i wysiłków uczelni
artystycznej, została podniesiona w dyskusji jaka odbyła się niedawno na
krakowskiej ASP. Wszyscy uczestniczący w niej profesorowie widzą konieczność
dokonania korekty kursu nauczania, tak by nie powodować strat w jakości
dyplomowanych przez szkołę artystów, co do ich znajomości szeroko pojmowanej
technologii. Zagadnienia te najlepiej ilustruje wypowiedź
Andrzeja Bednarczyka: „tworząc, myślimy poprzez materiały, język, metody.
Przecież nasza imaginacja jest ściśle związana z pewnymi dopuszczalnościami
technologicznymi i to zarówno jeśli chodzi o kompozycję, o farbę, o zdjęcia
etc., więc uczenie technologii jest uczeniem kreacji.”[144]
Dyskutujący pedagodzy akademiccy jednym głosem mówią też o zagrożeniu
mogącym brać się z fascynacji młodych artystów nowymi mediami. Mirosław
Sikorski ujmuje „zachłyśnięcie się nowoczesnymi technologiami” jako
coś, „co może w konsekwencji ogłupiać”, ponieważ „własna refleksja,
własny punkt widzenia, może zostać zastąpiona epatowaniem pewnymi środkami
technicznymi.”[145]
Z kolei jednoczesna zachęta do unowocześnienia akademii i konsekwentnej
ofensywy zawiera się w istocie w pytaniu Zbigniewa Bajka, który
zauważa, że skoro „od wielu dziesiątków lat malarze zamiast szkiców przenoszą
na podobrazie zdjęcia i wykorzystują slajdy”, to „czy tego nie powinno
się też uczyć ?”[146]
Całość edukacyjnych zagadnień i celów akademii należy także widzieć w
perspektywie podupadłego prestiżu, autorytetu i statusu mistrza. Przynajmniej
w obszarze uczelni. Nie ma tu innych - poza wielowiekową tradycją tego
środowiska - rozwiązań.
Również w tym samym numerze zeszytu krakowskiej ASP co wspomniana
rozmowa wykładowców, Kazimierz Bednarz podejmuje rozważania nad istotą
trwania uczelni, to jest nad odpowiedzialnością w relacji mistrz - uczeń.
Autorem kieruje przeświadczenie, iż „warto przyjrzeć się nieco zasadom, które
obowiązywały w procesie wychowania młodych twórców w czasach poprzedzających
największy rozkwit wszelkich sztuk plastycznych, aby móc skonfrontować je z
obecną sytuacją w tej dziedzinie
i może odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nie gubimy pewnych istotnych
dla tego wychowania wartości.”[147] Przywoływany przez niego Cennini, uważał
bowiem, że „nie można doskonalić się samemu”[148].
Największym zagrożeniem wydaje się lansowanie lub tylko przyzwalanie
studentom na niechlujstwo różnych kategorii. Zasadniczym z pewnością
zaniedbaniem jest sytuacja, w której dojść może do „ubierania w szaty
awangardy zwykłej akademickiej niedoskonałości.”[149] Słuszne zapewne są
obawy związane z tolerowaniem a może wyrabianiem u studentów nastawienia, że
najważniejsze jest „dążenie do tzw. kreatywności za wszelką cenę, czasem mimo
braku podstawowych umiejętności swobodnego obrazowania otaczającego nas
świata”[150]. Podobnie przekonująco brzmi opinia, że w uczelni artystycznej
potrzebne jest zerwanie ze sztucznym tolerowaniem każdego – jakby nie
dowolnego i domorosłego - pomysłu na dzieło. Z czym wiąże się konieczność
odzyskania świadomości naturalności jej misji zgodnej z „fundamentalnymi
założeniami, by uczyć pozbywania się błędów, wyposażać w bogate środki
wyrazowe, rozwijać i ćwiczyć w dążeniu do doskonałości”[151].
Pozwolę sobie na dłuższe cytaty z uwag Bedenarza. A to dlatego, że
przekonany jestem, że nie są to li tylko utyskiwania kogoś idealizującego
przeszłość. Pierwszy dotyczy roli mistrza: „rozwój ucznia oraz osiąganie
przez niego postępów wymaga przyjęcia pewnego uporządkowanego systemu
wartościowania, pewnej jednolitej skali odniesienia, która jest bazą
wyjściową w budowaniu własnego potencjału twórczego. Trudno budować własny
kapitał twórczy jeśli zbyt często tę bazę zmieniamy lub jeśli w ogóle jej nie
posiadamy, próbując tworzyć coś w oderwaniu od jakichkolwiek wzorów, nie
chcąc podjąć współpracy z mistrzem i realizować jego poleceń.”[152] Drugi
cytat (z Bednarza) dotyczy istoty rozważań czyli odpowiedzialności
nauczyciela i mistrza: „współczesny warsztat artysty często pozostawia wiele
do życzenia. Gorzej jest natomiast, kiedy nauczyciel własną niedbałość
technologiczną przenosi na swoich uczniów, bądź jeśli koncentruje się
wyłącznie na efektach artystycznych, a jest całkowicie obojętny na sprawy
warsztatowe. Ileż to razy, wchodząc do którejś z pracowni w Akademii „opadały
mi ręce” na widok technicznego niedbalstwa i ogarniała mnie bezsilność wobec
tak krańcowej ignorancji spraw rzemiosła. Większość studentów w ogóle nie dba
o elementarne zasady dobrego warsztatu. Dziwi mnie tylko, jak może taką
sytuację tolerować mistrz...”[153].
I na koniec słowo o charakterystycznej otwartości nauczyciela, który
jednocześnie powinien być mentorem dużego formatu. Charles le Brun
będąc konserwatywnym zwierzchnikiem Akademii Paryskiej „potrafił jednak
docenić, a nawet popierać samodzielne poszukiwania młodych malarzy, takich
jak Rigaud i Largillierre.”[154] Dzisiaj akademia kontynuuje tę tradycję.
Czego wymownym przykładem niech będzie pracownia rzeźby prof. Grzegorza
Kowalskiego na warszawskiej ASP, z której wyszedł szereg artystów o
najbardziej nowocześnie definiowanym i wyrafinowanym nastawieniu do sztuk
wizualnych, takich jak: Katarzyna Kozyra, Paweł Althamer, Artur
Żmijewski i inni.
Wątpliwości ale (na szczęście) nie tylko
Najsłabszym ogniwem nauczania
artystycznego w Polsce są kierunki artystyczne na wyższych uczelniach niebędących
Akademiami Sztuk Pięknych. Uczą już na nich wychowankowie tych kierunków.
Sytuacja jest tutaj kuriozalna, a niekiedy ponura. Zdarza się, że kadra nie
ma na swym koncie żadnych publikacji, jej dokonania wymuszane są
koniecznością wykazania się dorobkiem przy zdobywaniu kolejnych stopni
uczelnianych. Kompromituje się tytuł profesora żałosnymi, nad wyraz skromnymi
objętościowo, tekstami, brakiem życia umysłowego (nieobecność seminariów,
konferencji, sesji, wydawnictw zwartych) i wypowiedziami, jak np. usłyszaną
opinią, że studenci nie powinni robić wystaw, a jeżeli już to bez
katalogów. Ostatnio w częstochowskiej delegaturze pewnego niestety
bardzo poczytnego dziennika pojawił się anons o dniach otwartych w Instytucie
Plastyki, zachęcano w nim do odwiedzin pokazem produkcji papieru czerpanego
(sic!) i, co o wiele mniej gorszące, wyjaśnieniem procesu projektowania
graficznego. Zauważam zatrważającą nieobecność kadry i studentów w życiu
wystawienniczo-artystycznym i przerażający jak na ludzi kultury brak wiedzy o
nim. Doszło do tego, że absolwenci nie znają miasta od strony jego
przestrzeni instytucjonalnej kultury (nie znają muzeów, galerii...), a
piszący prace magisterskie nie wiedzą co to bibliografia, nie byli nigdy w
bibliotece albo pytają
o księgi wieczyste (księgi pamiątkowe jako źródło wiedzy o artystach
[sic!]) w Galerii Miejskiej.
Pociechą mogłoby być jedynie brak typowo akademickiego nauczania
(szczególnie w tradycyjnych dziedzinach sztuki) na zachodzie. Obie sytuacje
wymagają uzdrawiających przeobrażeń w duchu pietyzmu wobec wartości.
Trzeba pamiętać, że większość akademii w Polsce poza Krakowem i
Warszawą to były przez dziesięciolecia wyższe szkoły sztuk plastycznych, co
musiało inaczej kształtować profil i zakres nauczania, jak również powodować
brak myślenia o szkole w kategoriach stricte akademickich. Stąd też może jest
to w jakimś stopniu wyjaśnieniem niesłychanej płytkości stwierdzeń,
operowania wątpliwymi znaczeniowo skrótami myślowymi, a nawet wręcz
pomieszania używanych pojęć. Taką niesłychaną dowolność, co można określić
jako nie poparty rzetelnymi studiami tematu wszystkoizm kadry dydaktycznej
(odmienny co do jakości rozmyślań prezentowanej w rozdziale poprzednim)
uczelni plastycznych przybliżę w tym rozdziale. Na całe szczęście w masie nie
do końca przemyślanych stwierdzeń pojawiają się jaśniejsze punkty triumfu
logiki i rozumu i jednocześnie odwagi w ich wyznaniu, mimo że naraża to
mówiącego na groźbę posądzenia o wstecznictwo.
Rzecz jest zapisana w „Akademizmie. Rozmowa w pracowni”.[155] Wymianę
zdań inicjuje Janusz Marciniak wytaczając mające ustawić dyskusję ciężkie i
powielane przez wieki posądzenia o to, że „akademizm to ujednolicenie i
wyjałowienie problematyki artystycznej”. Przeciwko temu kierunkowi świadczy
według niego naśladownictwo, schematyzm i obecność cenzury. Na
obronę tych sformułowań można poczytać, iż biorą się one częściej z oceny
aktualnego stanu poczynań w obszarze sztuk wizualnych. Niemniej w ten sposób
momentami argumentacja przybiera rozmiary ad absurdum i chyba niezamierzony
nihilistyczno-anarchistyczny charakter. Akademizm jest tutaj zatem czymś
strasznym od czego nie można uciec. Józef Walczak jak na artystę przystało
swoje zdanie wyraża malowniczo, zabarwiając je tonem grozy: „Akademizm,
jak cień, nadal podąża za sztuką”, co przypomina znaną inwokację z „widmem
krążącym po Europie”. W ferworze walki z akademickim kierunkiem dostało się
także weneckiemu Biennale, tylko dlatego, że „ma dziewiętnastowieczny
rodowód” i jest „odpowiednikiem dawnych salonów”. Krytyka nie ominęła także
Centrum Sztuki Współczesnej. J. Marciniak przytacza słowa Wiesława Juszczaka
o tym, że „najsilniejszym ośrodkiem akademickim w Warszawie w sztukach
plastycznych jest Zamek Ujazdowski”. Zapęd krytyczny Walczaka rośnie i
dochodzi do zadziwiających wolt umysłowych. Nie mogę się powściągnąć, by ich
nie przytoczyć jak np.: „tymczasem awangardyzm jest też akademizmem”.
Trzeba przyznać, że jest to szokujące stwierdzenie, przy czym doszło nawet do
potraktowania partykularnych z natury awangard jako jednej manifestacji
stylotwórczej i zrównania ich z postawą, z gruntu i w założeniu, nie
aspirującą do jakiejkolwiek nowoczesnej progresji. A której wręcz obce są
tego typu ambicje. O ile dość atrakcyjne wyzwanie poznawcze tkwi w sformułowaniu
dydaktyka, iż „wszystkie kierunki sztuki współczesnej mają jakiś związek z
akademizmem” to nie rozumiem już na czym miałoby polegać dopowiedziane, że
„są nim dotknięte”. Jak widać przyjęło się powszechnie bezkrytyczne
potępianie akademizmu. Co jest pewnego rodzaju tanim potwierdzeniem własnego
dostosowania do nowoczesnego modelu intelektualnego. Stąd kolejny
rozmówca Jan Świtka ceni sobie posiadanie „świadomości własnego zaplątania w
akademizm”. Świadomość ta, autentyzm i indywidualność są (również dla studenta)
„szansą na ominięcie niebezpieczeństwa akademickiego myślenia”. Jednak
„poczucie stałego zagrożenia” nim pozostaje. Tym bardziej należy przed
akademizmem uciekać – twierdzi Świtka.
Ale
wymiana zdań nie toczy się jedynie w tak uporządkowanym szyku myślowym, a to
właśnie akademizmowi zarzuca się w niej konwencjonalizowanie, unifikację,
naśladownictwo, wtórność a nawet opresyjność i skłonność do dyskryminacji
ideowej. Pierwszy, ze zwartego profesorskiego szeregu, wyłamał się Marek Przybył
racjonalną refleksją nad pozorem postępu w sztuce, która w następstwie odbija
się na systemie nauczania w akademii. Poddaje on redefinicji dogmatyzowaną
kategorię wrażliwości, zauważając, iż „od czasów impresjonizmu (...) już nie
traktuje się rysunku jako kośćca wszystkiego i klucza do rozumienia formy.
Podstawową rzeczą stała się wrażliwość.” I pozwala sobie na odważne
postawienie sprawy konstatacją, że nie wie „czy takie pojmowanie nauczania,
nie jest jeszcze większym zawężeniem”. Można w tym śmiałym stwierdzeniu
odczuć orzeźwiający łyk powietrza i nadzieję na wyjście z mechaniki
powtarzania rytualnych zaklęć, mających odpędzić duchy przeszłości. Tym
bardziej, że mówca idzie dalej świadom ewentualnych krytyk ze strony
nowoczesnych: „może wyjdę na konserwatystę, ale uważam, że stawianie zadań
studentowi, takich, które wynikają z klasycznego rozumienia malarstwa i
rysunku, jest też szansą dla niego”. W końcu profesor używa jednoznacznych i
wyrazistych słów: „Akademizm ma również pozytywną stronę. Obecny w nim
element pewnego przymusu i wymóg systematycznej pracy jest niezbędny w
nauczaniu”. No i znajdują one pełną akceptację Krzysztofa Markowskiego, który
zgadza się, że „akademizm może być pożyteczny, na przykład, kiedy chodzi o
rzetelność studiowania i warsztatu.”
Podobny sposób myślenia pojawia się u Włodzimierza Dutkiewicza, który
mimo obiegowych, dezawuujących akademizm uproszczeń, zauważa jednak:
„Trudno mówić o akademizmie, kiedy myślę o cechach akademizmu, to pierwsze,
co mi przychodzi do głowy, to doktrynerstwo i konformizm, ale cechą właściwą
akademizmowi jest również dążenia do ustalenia stałych wartości, norm i
kryteriów oceny dzieła z towarzyszącym temu dążeniu prawem do subiektywnego
interpretowania tych wartości i kryteriów oraz uwzględnieniem zjawiska ich
ewolucji.”
Podobnie
jak w Krakowie dyskutowano także o relacji mistrz – uczeń i o roli akademii.
I co znamienne poznańska kadra profesorska cechuje się nieuzasadnionym
dystansem do własnej profesji. „W naszej uczelni – przyznaje Marek Przybył –
relacja mistrz – uczeń nie jest oczywista.” Nadmierną skromność czy
niepewność roli mistrza zaznacza on wątpliwością „być może chcielibyśmy być
mistrzami dla naszych studentów, tyle tylko, że należy zadać sobie pytanie
czy oni od nas tego oczekują.” I niezależnie od treści odpowiedzi określa
cechy dobrego nauczyciela, który „wskazuje na trud artystycznej prawdy i na
cierpliwe poszukiwanie”. Tomaszowi Psuji te nadwątlone relacje dydaktyczne
wydają się naturalne i tłumaczy je historią uczelni, na której „mamy
przykłady przeciwstawiania się arbitralnej dydaktyce artystycznej.” Dlatego
też nawet nie zakłada on, że relacja mistrz – uczeń w ogóle się pojawi.
Całość
tej rozmowy wieńczą krzepiące i dające nadzieję i wiarę w misję akademii
słowa Marciniaka. Upomina się on – moim zdaniem słusznie – o to by akademia
była „(powinna być) gajem Akademosa, szkołą uczciwości i idealizmu oraz
myślenia w perspektywie całego uniwersum kultury.” I chociaż mówienie o
jakimkolwiek uniwersum (wielka narracja) ma dzisiaj, kiedy żyjemy
katastrofami dawnych światów, utopijny posmak, to to, że zapewnia ona
życiowo ważną funkcję „wymiany myśli i dialogu” powoduje (zdaniem profesora
paradoksalnie), iż daje jednocześnie „schronienie i szansę na przetrwanie
bardziej wielowymiarowemu, bezinteresownemu i zaangażowanemu społecznie
ideałowi sztuki”. Jest też ożywczą szansą dla akademii.
Zakończenie albo czy coś nam z akademizmu zostało lub zostanie
Podobnie jak nie zachowałem czystości dyscypliny metody naukowej
artykułu, wprowadzając do niego partie o bardziej publicystycznym
charakterze, tak nie udało mi się podczas formułowania tych uwag, zachować
rozgraniczonego ściśle tematem rozdziałów toku wykładu. Ciągle porównywałem
awangardy i akademizm, temu drugiemu poświęcając więcej miejsca. Nie
trzymałem się zamierzonej przejrzystości struktury tekstu, jak mi się wydaje
ze względu na to, że historia sztuki jest czymś wyjątkowo dyskursywnie żywym
i zdecydowanie lepiej pasowałby do niej termin wiedza o sztuce. Nie
prześledziłem tu metodycznie systemu akademickiego nauczania i innych
poszczególnych obszarów tematu i ich kolejnych składowych. To z pewnością (co
najmniej interesująca) praca dla zespołu badaczy, otwierająca wiele
perspektyw i wychwytująca tropy tych samych wątków właściwych dla całej
sztuki. Sztuki postrzeganej i rozumianej jako jedności i jednocześnie
części struktury Czegoś Większego. Nie trzeba dodawać, że podobnie rzecz się
ma z awangardą jako przedmiotem badań.
Poznane w ten sposób bardzo wycinkowo treści zagadnienia, pozwalają
myśleć o ciągłej aktualności raz zademonstrowanych postaw artystycznych.
Zmianom i modyfikacji podlegają środki ekspresji, co wcale nie znaczy, że
dezaktualizują formy zaistniałe wcześniej. Chociaż świat, który je wypowiedział
już był, odszedł. To jednak są one wszystkie częściami niezwykłego
wzajemnie powiązanego i oddziałującego na siebie na wszelkie możliwe sposoby
magicznego continuum (jakby powiedział Baudrillard) symulakrów.
Przemiany w sztuce mają charakter kumulatywny w sensie ciągłego
poszerzania zasobu wyrazowego i nowych aspektów kreacji, zrozumiałe, że także
konceptualnych. Jej zmiany doprowadziły do jednoczesnego funkcjonowania
niemalże niezliczonej odmiany stylów. Dzisiaj nie ma stylu epoki. Aktualnie
każdy artysta stwarza kreację o oddzielnych jakościach przystawalnych do nie
więcej niż kilku innych propozycji. Stąd można odnieść wrażenie, że to
wszystko są aspekty jakiejś anomii kulturowej. I w tej mierze wydaje się
spełniać intuicja Simone Wail,[156] przeczuwająca, iż „sztuka będzie mogła
odrodzić się tylko spośród wielkiej anarchii, na pewno epiczna”.
Akademia wykazała swoją przydatność zgodnie z własnym powołaniem do
bycia „ostoją Wielkiej Sztuki.”[157] Swą trwałość „zawdzięcza temu, że
ofiarowywała zarówno system teoretyczny, jak praktyczną umiejętność.” [158]
Zaobserwować da się odwrócenie i poniekąd zaprzeczenie postulatom
nowoczesnych, takim jak „poszerzenie pojęcia sztuki czy zniesienie jej
granic”[159], gdyż jak analizuje Welsch stało się odwrotnie, bo teza, by
„coś, co nie jest sztuką, było pojmowane jako sztuka”[160] nie ziściła się, a
wręcz uległa pełnej dwuznaczności i przewrotnej ironii karykaturyzacji, gdyż
to właśnie „rzeczywistość przybiera formę, z jaką niegdyś mieliśmy do czynienia
jedynie w kręgu sztuki – formę czegoś wytworzonego, przeobrażalnego,
niewiążącego, nierozstrzygniętego itd.”[161]
Niezaprzeczalną zaletą
awangardy jest stałe podważanie myślowe dotychczasowego statusu sztuki. Każdy
wysiłek uczyniony bowiem, by sztukę definiować na nowo, przyczynia się do
odkrywania jej kolejnych wymiarów w jakich się ona uobecnia i przejawia.
Przybliżamy się w ten sposób do ekscytującej i trudnej do uchwycenia
wiedzy (idei). A pociągający fenomen sztuki polega na niewyczerpalności jej
źródła. Idea, z której bierze początek każda konkretyzacja dzieła czy
koncepcji jest jej zamanifestowanym kolejnym nowym bytem. Mamy tu do
czynienia z fascynującym zjawiskiem wyłącznego wzbogacania form i odnawiania
własnej siły i treści sfery, z której manifestują się: artystyczna aktywność
i kreacja. I mimo niewiadomo jak interesujących koncepcji (po śmierć sztuki),
pewnie wysoce inteligentnych, nie ma powodu, by nie zachwycać się i ciągle na
nowo poznawać i odkrywać mistrzowskie i magiczne, a jednocześnie pełne
wyrafinowanej prostoty i wysublimowanej mądrości ikonologicznej, dokonania
poprzedników – nigdy nie starych, dawnych ani tym bardziej nieaktualnych.
Gdyż „malarze niekiedy tworzą takie [ciała], których w naturze nie ma – jak
potwory i groteski”.[162] Natomiast okrzyknięta za wielce odkrywczą
kiedyś forma, okazuje się niechcący nieprzekonująca (chybiona?) jeżeli
przypadkiem porówna się ją z materiałem dostarczonym przez prace naukowe jak
na przykład zdjęcia wirusów i bakterii. Nie można też zakrzyczeć wielkich
wcześniej dokonanych olśnień, nigdy nie przeszłych lecz żywych i obecnych i
uniwersalnie aktualnych. Choć zrozumiała jest pokusa, by usunąć w niebyt tak
wspaniałe tło, by błyszczeć tym łatwiej samemu na pustym firmamencie.
O
kapitalnej randze akademii świadczą wypracowane w niej przejawy życia
artystycznego. To paryska akademia wytworzyła z siebie salony (wystawy),
katalogi, nagrody, jurorów, teorię i krytykę, studyjne podróże (co przypomina
dzisiejsze Artists in Residence), w końcu dyskurs (dziś powiedzielibyśmy
negocjacje). Zatem może zanim kolejny artysta w sposób naturalny ulegnie
fascynacji tak zwanym nowym mediom ery cyfrowej, dobrze by było, gdyby umiał
uzasadnić refleksyjnie własny wybór. Bo podejrzliwie i niejednoznacznie
można odebrać kogoś kto nie potrafi zracjonalizować teoretycznie własnej
praktyki twórczej. A niestety nie jest to rzadkością.
Trzeba o tym pamiętać, by nie zapanowała całkowicie ignorancja (brak
wiedzy) i zagubienie (wszelaka nijakość dzieła). Smutek bowiem ogarnia
kiedy obserwuje się artystów pogrążonych w stanie przypominającym aberrację,
którzy podążając za modą nie rozumieją postawy, z której wzięła początek. Co
później jest kuriozalnie wyjaśniane przez publicystów. Zakładam jednak otrzeźwiająco,
że gra dla ludzi sztuki w całym jej systemie (świecie) toczy się maksymalnie
serio i jest niezwykle wyrachowana, bo aż po możliwość strategii
„uprawomocnienia sztuki przez antysztukę”.[163]
Można też liczyć na nowe, odarte z wpajanego przez nowoczesnych
stereotypu, spojrzenie na akademizm jako, że „zrzeczenie się roszczeń do
absolutnej słuszności i pewności, którego dokonują filozoficzne teorie,
przyjmując swoją założeniowość, dziejowość i kontaminacyjny charakter,
oznacza nie tylko osłabienie pojęcia prawdy. Ruch nowoczesnej, czy raczej
wbrew Habermasowi, ponowoczesnej myśli, jest ruchem otwierającym się ku temu
co inne: wewnętrznie i zewnętrznie, który hamuje nie tylko totalizujące
dążenia rozumu, jakąkolwiek formę zamierza on przybrać, ale każdej myśli w
ogóle, skazując ją na niepewność co do własnego statutu i słuszności, oraz
rezygnację z dążeń do samouzasadnienia. Każda normatywność stawiana jest więc
pod znakiem zapytania...”.[164] Zatem jeżeli jak chce Jan Verwoert
„mottem awangardowej prowokacji jest zawołanie „Ukaż się historio, i pozwól
nam zobaczyć, jaka będziesz!””[165]. Tym bardziej śmiało można podjąć za
Baudrillardem spróbować doświadczenia „ideologii osobistego przeżycia,
ekshumacji rzeczywistości w jej zasadniczej banalności, w jej radykalnej
autentyczności”.[166]
*Tekst był opublikowany w Zeszyty naukowo-artystyczne
Dyskurs ASP we Wrocławiu nr7/2008
[1]
Maria Poprzęcka, Akademizm, s. 236, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe,
Warszawa 1977
[2] Autorka zaznacza, że użyła zwrotów z języka współczesnego.
ibidem, s. 242
[3]
ibidem
[4] Andrzej Dulewicz, Słownik Sztuki Francuskiej, s. 254, Wiedza
Powszechna, Warszawa 1981, „Po przeniesieniu dworu do Wersalu (1678-1680)
Ludwik XIV oddał Luwr artystom. Znajdowała się tu siedziba Akademii
Królewskiej Malarstwa i Rzeźby, a w Salon Carre odbywały się wystawy
współczesnego malarstwa salony.”
[5] Andre Felibien, Wykłady w Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby,
1668, Teoretycy, historiografowie i artyści o sztuce 1600-1700, wybrał i
opracował Jan Białostocki, redakcja naukowa i uzupełnienia Maria Poprzęcka i
Antoni Ziemba, s. 511, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1994
[6] Andre Felibien, ibidem
[7] Agnieszka Morawińska o wystawie w Zachęcie, wypowiedź dla TVN
Program Oaza 27.11.2005
[8] Jan Białostocki, Metoda ikonologiczna w badaniach nad sztuką, w :
Jan Białostocki, Pięć wieków myśli o sztuce, wydanie drugie, zmienione,
Studia i rozprawy z dziejów sztuki i myśli o sztuce, s.249, Państwowe
Wydawnictwo, Warszawa 1959, 1976
[9] Hugh Honour, Neoklasycyzm, s. 100, PWN, Warszawa 1972
[10] ibidem, s. 51
[11] Są to akademie: w Krakowie (1900), Warszawie (1933), Gdańsku,
Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu (1996) i Katowicach (2001). W nawiasach
podałem daty ich nominowania do rangi uczelni ze statusem akademii. W
Warszawie w 1992 powstała prywatna Europejska Akademia Sztuk o statusie
uniwersyteckim.
[12] http://www.asp.poznan.pl/uczelnia.html
[13] http://tpanfil.webpark.pl/bouguere.html
[14] Anita Szczepańska, Idea postępu w myśli o sztuce (XVI-XVIII w.),
w: Myśl o sztuce i sztuka XVII i XVIII wieku, Jan Białostocki, Janina
Michałkowa, Agnieszka Morawińska, Maria Murdzeńska, Anita Szczepańska,
s. 68, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1970
[15] Mikołaj Smoczyński, „Obraz wobec Obrazu” czyli co to jest
instalacja?, w „Między figuracją a abstrakcją”, s.38, Wydawnictwo – Drukarnia
L-Print, Lublin
[16] Stanisław Rodziński, Co się stało ze sztuką, Biuletyn Rady
Artystycznej, ZPAP, 1/142,1981, s.4
[17] Akademizm, op. cit., s. 9
[18] Iwona Danielewicz, Sztuka akademicka w XIX wieku, tekst z katalogu, www.muzeum.gniezno.pl/download/akademizm_opis.doc
[19] ibidem
[20] Mieczysław Porębski, Styl XIX wieku, w: Sztuka 2 połowy XIX wieku,
s. 15, Materiały sesji Stowarzyszenia Historyków Sztuki, Łódź, listopad 1971,
Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa, 1973
[21] Akademizm, op. cit., s. 242
[22] Akademizm, op. cit., s. 18
[23] Teoretycy, historiografowie i artyści o sztuce 1600-1700, M.P.,
A.Z. Przedmowa, s. 14., op. cit.
[24] Akademizm, s. 25, op. cit
[25] ibidem, s. 27 i 29
[26] ibidem, s. 272
[27] Andre Felibien, Wykłady w Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby,
1668, w Teoretycy... s. 514, op. cit.
[28] Andre Felibien , op. cit., s. 513
[29] ibidem
[30] M.P.,A.Z., Przedmowa,Teoretycy..., op. cit., s. 13
[31] Akademizm, op. cit. s. 59
[32] ibidem, s. 58 i s. 59
[33] Teoretycy..., op. cit. s. 523, przypis 16
[34] ibidem, Przedmowa, s. 13/14
[35] Anita Szczepańska, Idea postępu, op. cit., 62
[36] ibidem
[37] ibidem, s. 63
[38] Akademizm, op. cit., s. 33
[39] ibidem, s. 35
[40] ibidem
[41] ibidem, s. 36
[42] ibidem, s. 41
[43] http://www.asp.poznan.pl/uczelnia.html
[44] motto na stronach www. tej uczelni – jak wyżej
[45] http://www.asp.lodz.pl/polski.php?historia=index.i
[46] http://www.aspkat.edu.pl/
[47]http://www.asp.wroc.pl/asp/historia.htlm
[48] http://www.asp.gda.pl/
[49] Akademizm, op. cit., s. 12
[50] Akademizm, op. cit, s. 55
[51] ibidem, s. 216 i 234
[52] ibidem, s. 231
[53] ibidem
[54] ibidem, s. 236
[55] ibidem, s. 57
[56] Andre Felibien, Wykłady...,Teoretycy..., op.cit,s. 515, s.
518
[57] ibidem
[58] Akademizm, op.cit., s. 60
[59] ibidem, s. 18
[60] „Spór w Akademii Św. Łukasza, 1636” w „Teoretycy...”, op.cit.,
słowa przytoczone przez M. Missiriniego, który w XIX wieku na podstawie
raportów z posiedzeń Akademii Św. Łukasza opisał mające tam miejsce
spory intelektualne, s. 88
[61] Andre Felibien, Wykłady...op. cit., s.513
[62] „Próby klasyfikacji odmian piękna – zainicjowane przez twórców
artystycznej teorii klasycyzmu (takich jak Bellori) - doprowadziły w tym
przypadku do sztywnej kodyfikacji wszelkich środków wyrazu.” Nota:
Henri Testelin (1616-1695), Teoretycy..., op. cit. s. 554
[63]ibidem
[64] Charles le Brun, Szósty wykład, ibidem, s. 551, przypis 29
[65] Akademizm, op. cit, s. 14
[66] ibidem, s. 13
[67] Teoretycy...op. cit. s.531
[68] ibidem, s. 90
[69] A. Felibien, Wykłady, s. 515
[70] Akademizm, op. cit., s.13
[71] ibidem
[72] Andre Felibien, Wykłady..., op. cit., s. 513
[73] Akademizm, op. cit., s. 30
[74] Akademizm/Rozmowa w pracowni, Akademia Sztuki Pięknych w
Poznaniu/Katedra Malarstwa, Wydział Malarstwa ASP Poznań 2006
[75] Teoretycy..., op. cit. s. 539
[76] Charles le Brun, Szósty wykład, op. cit., s. 535
[77] Roger de Piles, Skrót żywotów malarzy, z uwagami o ich dziełach,
traktatem o doskonałym malarzu, znawstwie rysunków i o użyteczności rycin,
1699, Teoretycy..., op. cit. , s. 584
[78] N. Poussin, Uwagi o malarstwie, w: J. Białostocki , Poussin i
teoria klasycyzmu, s. 62, w: A. Szczepańska, Idea postepu..., op. cit., s. 55
[79] Roger de Piles, Skrót żywotów malarzy, z uwagami o ich dziełach,
traktatem o doskonałym malarzu, znawstwie rysunków i o użyteczności rycin, 1699,
Teoretycy..., s. 585
[80] Zofia Baranowicz, Polska awangarda Artystyczna 1918-1939,
s. 147 ,Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1975
[81] Akademizm, op. cit., s.194
[82] ibidem, s. 192
[83] Ksawery Piwocki, Pierwsza nowoczesna teoria sztuki, Wstęp, s.
16, Poglądy Aloisa Riegla, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1970
[84] Jan Białostocki, Sztuka przed stu laty, Wprowadzenie, Sztuka 2
połowy XIX wieku, op. cit., s. 9
[85] Mieczysław Porębski, Styl XIX wieku, op. cit., s. 21
[86] Mieczysław Wallis, Impresjonizm i geneza malarstwa
bezprzedmiotowego, w: Sztuka 2 połowy XIX wieku, op. cit., s. 216
[87] ibidem, s. 217
[88] słowa A. Riegla w: Ksawery Piwocki, op. cit, s. 16 i 17
[89] Akademizm, s. 233
[90] Jakub Woynarowski, Uciekinier, „Zeszyty naukowo-artystyczne”
Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, zeszyt 6, wydawca
Akademia Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie Wydział Malarstwa, Kraków
2005
[91] Mieczysław Porębski, Styl XIX wieku, op. cit., s. 21
[92] Z. Baranowicz, Polska awangarda artystyczna 1918-1939,
op.cit.
[93] Andre Felibien, Wykłady..., op. cit., 519
[94] ibidem, s. 518
[95] ibidem s. 518 [96] Z. Baranowicz, op. cit., s. 147
[97]Akademizm, op. cit., s. 214
[98] Oscar Wilde, Zanik kłamstwa, Dialog (tłum. Maria Feldmanowa),
Moderniści o sztuce, Wybrała, opracowała i wstępem opatrzyła Elżbieta
Morawska, s. 154, PWN, Warszawa, 1971
[99] Akademizm, op. cit., s. 266
[100] ibidem, s. 201
[101] ibidem, s. 241
[102]http://pl.wikipedia.org/wiki/Laserunek
[103] Andre Malraux, Pamięci Georges’a Braque’a, Przemówienie na
uroczystościach żałobnych 3 września 1963, Biuletyn Rady Artystycznej Związku
Polskich Artystów Plastyków, 1-2 (130-131), 1978, ZG ZPAP Warszawa
[104] ibidem
[105] ibidem
[106] Grzegorz Dziamski, ”Szkice o nowej sztuce”, s. 44,
Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, 1984
[107] Akademizm, op. cit., s. 216
[108] ibidem, s.189
[109] Z. Baranowicz, op. cit., s. 141
[110] Akademizm, op .cit., s. 198
[111] Akademizm, op .cit. s.236
[112] http://www.impresjonizm.art.pl/manet/manet.html
[113] http://www.malarze.walhalla.pl/malarze.php5?art=60
[114] Akademizm, op. cit., s. 250
[115] http://www.malarze.walhalla.pl/malarze.php5?art=24
[116] ibidem
[117] Akademizm, op. cit., s. 234
[118] Monika Małkowska, Pierwszy który utrwalił ulotność,
Rzeczpospolita, nr 216, 15 września 2006
[119] http://pl.wikipedia.org/wiki/Vincent_Van_Gogh
[120] http://www.salv12.republika.pl/biografia.html
[121] Zofia Baranowicz, Polska Awangarda Artystyczna 1918-1939,
op. cit, s. 77
[122] Z. Baranowicz, op. cit., 77
[123] ibidem, s. 94
[124] ibidem, s. 86 za: T. Czyżewski, Mój futuryzm, Zwrotnica, nr
6, 1923
[125] ibidem, s. 95
[126] http://museoprado.mcu.es/home.html, 6 czerwca-3 września 2006
[127] Malina Kluźniak, Podróże ze sztuką. Madryt i okolice, Turystyka,
Gazeta Wyborcza, nr 31, 5-6 sierpnia 2006
[128] Fritz Saxl, Po co nam historia sztuki? w: Pojęcia,
problemy, metody współczesnej nauki o sztuce „Dwadzieścia sześć artykułów
uczonych europejskich i amerykańskich” Wybrał, przekłady przejrzał, wstępem
opatrzył Jan Białostocki, s. 15, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1976
[129] Słowa Braziego wypowiedziane w odniesieniu do „dwutorowości w
ramach antymodernistycznego designu”, w Agnieszka Rejniak-Majewska,
Estetyczna złożoność i „powrót znaczenia” przeciw modernistycznym ideałom
przejrzystości i ładu – zagadnienia architektury i projektowania, „Dyskurs”
Zeszyty Naukowo-Artystyczne Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, nr 4, 2006
[130] Jean Baudrillard, Symulakry i symulacja, Sic!, Warszawa 2005, s.
17
[131] Monika Małkowska, Pierwszy który utrwalił ulotność, Rzeczpospolita,
nr 216, 15 września 2006
[132]http://www.slownik-online.pl/kopalinski/a.php
[133] http://www.encyklopedia.cc/topic/Akademizm.html
[134] Słowniku Sztuki Francuskiej, op. cit., s. 13/14
[135] Akademizm, op. cit., s. 6
[136] ibidem, s. 20
[137] ibidem, s. 8
[138] Wolfgang Welsch, Sztuka wykraczająca poza granice ludzkie – ku
postawie transludzkiej, Estetyka poza estetyką, o nową postać estetyki,
Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych, Universitas, Kraków 2005, s.
148
[139] Bożena Stokłosa, Jakie muzeum,
http://www.obieg.pl/event/bs_jm.php
[140] Zbigniew Herbert, za http://www.nowidawnimistrzowie.pl [141]
Akademizm, op. cit., s. 241
[142] ibidem, s. 51
[143] Akademizm, op. cit., s. 242
[144] „Rozmowa o technologii malarskiej” Zbigniew Bajek, Andrzej
Bednarczyk, Grzegorz Biliński, Adam Brincken, Mirosław Sikorski, „Zeszyty
naukowo-artystyczne” Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie,
zeszyt 6, s. 108, wydawca Akademia Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie
Wydział Malarstwa, Kraków 2005
[145] ibidem, s. 103
[146] ibidem, s. 107
[147] Kazimierz Bednarz wyjaśnia, że czyni tak „z perspektywy początku
XXI w., a więc 600 lat później, (od traktatu Cennino Cenniniego Trattato
della Pittura z przełomu XIV i XV w.), Kazimierz Bednarz, „Mistrz,
uczeń–odpowiedzialność”, „Zeszyty naukowo-artystyczne” Wydziału Malarstwa
Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, zeszyt 6, s. 91, s. 92, wydawca Akademia
Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie Wydział Malarstwa, Kraków 2005
[148] ibidem, s. 91, s. 92
[149] ibidem, s. 98
[150] ibidem, s. 98, przypis 117
[151] K. Bednarz, op. cit., s. 98
[152] ibidem, s. 91, s. 92
[153] ibidem, s. 97
[154] „Teoretycy, historiografowie i artyści o sztuce” 1600-1700, op.
cit. s. 552
[155] Akademizm/Rozmowa w pracowni, Akademia Sztuki Pięknych w
Poznaniu/Katedra Malarstwa, Wydział Malarstwa ASP Poznań 2006. Wszystkie
cytaty w tym rozdziale pochodzą z tego wydawnictwa.
[156] Stanisław Rodziński, Co się stało ze sztuką, Biuletyn Rady
Artystycznej Związku Polskich Artystów Plastyków, s. 4., nr 1 (142), 1981, ZG
ZPAP Warszawa
[157] Akademizm, s. 18
[158] ibidem, s. s.53
[159] Wolfgang Welsch, Procesy estetyzacji – zjawiska, rozróżnienia,
perspektywy, Estetyka poza estetyką, o nową postać estetyki, op. cit., s.33
[160] ibidem, s. 33
[161] ibidem, s. 41
[162] Andre Felibien, op. cit., s. 517 [163] Jean Baudrillard, op.
cit., s. 28
[164] Zuzanna Dziuban, Ku źródłom filozofii niepewności (na marginesie
„Filozoficznego dyskursu nowoczesności” Jürgena Habermasa),
http://www.verte.art.pl/mysl/kuzdrodlomfilozofiiniepewnosci/index.htlm
[165] Jan VerwoertGesty na rzecz nowego życia. Awangarda jako
historyczna prowokacja, Teksty, www.obieg.pl
[166] Jean Baudrillard, op. cit., s. 38
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz